sobota, 12 lipca 2014

Niewybaczalne, że jeszcze nie przeczytałam

Ja, czytelniczka uważająca się za wierną fankę powieści pana Johna Ronalda Reuela Tolkiena do tej pory nie przeczytałam Sirmarillionu.

Dzieło życia (jeśli tak można powiedzieć, a myślę że tak śledząc losy tego tytułu), wydane i ukończone po śmierci autora przez jego syna, coś co się zna (w moim mniemaniu) przynajmniej ze słyszenia.

Książka w odbiorze ponoć ciężkawa - warto by samemu to sprawdzić.

Poluję na nią od lat, z raczej miernym skutkiem - dziwnym trafem ciężko o nią w bibliotekach, czy w księgarniach, gdy akurat sobie przypomnę, że może najwyższa pora nadrobić zaległość, a może mam po prostu pecha?

Po lekturze takich tytułów jak Dzieci Hurina, Hobbit, czy też cała Trylogia miałby człowiek chrapkę na poznanie całej znanej "historii" Śródziemia.

Tomisko ponoć całkiem opasłe, ale apetyt rośnie w miarę jedzenia, prawda? 









Źródło ilustracji: https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEhwPS0T_Muh8Lvt0PoSJOUmITMxBRyDVZ-T5E8Li1EIxJ-Gr3Fdv6xFvOSqCdEnr__3s1OED8VuyOD37x9ItHJUZEkiZyyTkX0DGXhgY0IgDqzgND34dz17qrumjuVMBOi5Rr0wMRaa0g4/s320/Silmarillion_John-Ronald-R-Tolkien%252Cimages_big%252C17%252C978-83-241-2808-2.jpg

niedziela, 6 lipca 2014

Na ulicach Ankh-Morpork...

dzieje się na prawdę wiele :)

Przy czym dzieje się strasznie, mrocznie i dowcipnie. 

Książki pana Terry'ego Pratchett'a zaskoczyły mnie niebywale. Tak wiele humoru na stosunkowo niewielu stronach (bo co to raptem jakieś 200 czy 300 stroniczek dla nałogowej Pożeraczki Książek?) nie spodziewałam się i widziałam już dawno. 

Jeśli można być pod wrażeniem świata skonstruowanego do szpiku kości (a może raczej i precyzyjniej do jądra Dysku) z absurdów, to ja właśnie jetem pod wrażeniem.




Dla mnie to książkowa magia (magia w książce to co innego - jest to twór autora, który umieszcza w powieści jakiś rodzaj magii, a książkowa magia to to jak książka potrafi czytelnika wciągnąć i oczarować na całe godziny, więc proszę nie mylić) w najczystszej postaci, książki wciągają do ostatniej strony i aż żal, że się skończyło czytać.

Książki są idealne na każdą okazję, na cięższe i lżejsze dni - czyli po prostu wtedy kiedy chcemy, bądź potrzeba się solidnie rozerwać, zrelaksować, czy doładować się solidną dawką śmiechu.
















Źródła ilustracji:
1. Kolos na glinianych nogach http://www.matras.pl/media/catalog/product/cache/1/image/9df78eab33525d08d6e5fb8d27136e95/n/a/na_glinianych_nogach_IMAGE1_250622_1.jpg
2. Straż! Straż! - http://ecsmedia.pl/c/straz-straz-b-iext8612572.jpg
3. Straż nocna - http://tbiernacki.pl/wp-content/gallery/pratchett/straz-nocna.jpg

środa, 2 lipca 2014

"Metkowanie"

Łatwo nam oceniać innych, prawda?

Taksować, mierzyć wzrokiem, przyklejać łatki.

Tylko, co najdziwniejsze, sami nie lubimy, gdy ktoś tak postępuje wobec nas samych (czy ma się do siebie większy czy mniejszy dystans, to nadal nie jest najbardziej komfortowa sytuacja). Czujemy się dotknięci i to co najmniej.

Tak, wiem, niby to od nas niezależne... kilka sekund na wstępie czyni pierwsze i niezacieralne wrażenie, rzutuje na całej znajomości.

Ale może czasami postarajmy się odsunąć to pierwsze wrażenie, nasz uprzedzenia i założenia na bok? Dajmy szansę sobie i innym?



Wiadomo, nie da się kochać wszystkich wokół, ale zawsze to milej (moi zdaniem) będzie, jeśli dzięki temu uda się zaakceptować innych w większym stopniu po bliższym poznaniu, zamiast skreślać na wejście. 

Znielubić tak łatwo, złe emocje chyba w ogóle są łatwiejsze (obserwując nasz świat), poznanie i wynikające z tego zrozumienie, akceptacja, czy polubienie są już trudniejsze (dobro wymaga wysiłku?), ale moim zdaniem warto.

Ile razy to nas niesłusznie osądzono, otaksowano, ometkowano? Nie było to miłe, prawda? Więc może nie róbmy i my tego innym?

Takie dobro też na pewno do nas powróci :)









Źródło ilustracji: https://fbcdn-sphotos-h-a.akamaihd.net/hphotos-ak-xap1/t1.0-9/p370x247/10491254_740903469282185_2757325161438295702_n.jpg

wtorek, 24 czerwca 2014

Zapomniany Winnetou

Jedni z największych i najsłynniejszych bohaterów mojego dzieciństwa (a nie było to tak dawno temu przecież), teraz przez dzieci zupełnie nie znani... Przykre to niezmiernie. Jak można tak zapomnieć cudowną twórczość pana Karola Maya?

Ale ja nadal pamiętam (szczęście do książek nie mam takiej sklerozy jak do bardziej codziennych spraw) i wspominam z rozrzewnieniem czas spędzony na wspólnych przygodach na Dzikim Zachodzie (prawdziwym Dzikim Zachodzie, gdzie nie było jeszcze rezerwatów, a Indianie siali postrach wśród białych najeźdźców) z wodzem Apaczów Winnetou i jego białym bratem Old Shatterhandem. 

Kto czytał, ten wie o czym mówię, a Kto nie, ten powinien to nadrobić. Chociaż, gdy próbowałam robić podejście do wcześniej nie czytanych pozycji tego autora w późniejszym wieku to zauważyłam, że miały znacznie więcej uroku, gdy chodziło się do podstawówki... widać z książek też się wyrasta z wiekiem.


Kto chce ze mną powspominać te wspaniałe czasy? :)










Źródło ilustracji: http://kormoran.sklep.pl/img/products/30/12/2_max.jpg

poniedziałek, 16 czerwca 2014

Przystanek książka

Nie pomyślałabym, że kiedykolwiek polubię dojazdy do pracy, trwające do tego pół godzinki, a w godzinach szczytu to i trochę więcej. Co więcej, że polubię spędzanie tego czasu w pojazdach komunikacji miejskiej.

A jednak stało się...

Teraz troszeczkę mniej czasu w ogóle na czytanie (jak się pracuje, to się w tym czasie nie czyta, a przynajmniej nie to co człowiek by chciał w tym momencie), więc postanowiłam efektywniej wykorzystywać ten, który spędzam na dojazdach.

W końcu i tak się siedzi, nic specjalnie się nie robi, a co to za atrakcja podziwiać co dzień te same widoki za oknem i do nich dumać? Kierować nie kieruję w tym czasie pojazdem - robi to pan/i kierowca, więc można zająć się czymś konstruktywniejszym.

I wiecie co jest najlepsze?

Że nie tylko ja mam takie podejście do podróży publicznymi środkami transportu :)

Jak się spod oka od czasu do czasu zerknie (w celu sprawdzenia czy już się przystanku nie minęło przez zaczytanie), to widać, że nie tylko ja do książki w czasie drogi zaglądam. Robi to coraz więcej osób.

Czyżby komunikacja miejska robiła dla czytelnictwa więcej, niż wszystkie mniej i bardziej rządowe akcje proczytelnicze?










Źródło ilustracji: http://lubelskapilka.pl/wp-content/uploads/2012/03/kNjQ4ODY2MzcsNDU4ODAwNzAflogo2006.jpg

środa, 11 czerwca 2014

Książkowe "Kości"


To było moje pierwsze skojarzenie, gdy zaczęłam czytać powieści pana Simona Becketta. Tyle tylko że antropologiem światowej klasy rozwiązującym kryminalne zagadki nie jest kobieta, a mężczyzna - doktor Hunter.

Dotyczy to trzech z zaprezentowanych tutaj kryminałów (czwarty jest opowieścią "z innej beczki", ale ponieważ też dobra i tego samego autora, to wrzucam to niejako do jednego worka):
- Chemia śmierci
- Zapisane w kościach
- Wołanie grobu


Książki wraz z Szeptami zmarłych (których nie czytałam) tworzą cykl połączony osobą głównego bohatera, wspomnianego wcześniej antropologa Davida Huntera. Ja osobiście nie czytałam tych książek według podanej kolejności, ale mimo to fabuła poszczególnych tomów była bez większych kłopotów zrozumiała, gdyż każdy jest osobną zagadką do rozwiązania i nie nawiązuje mocno do tego, co działo się we wcześniejszych częściach (według mnie to duża zaleta, można książki traktować całkowicie osobno, dzięki czemu nie ucierpiałam zbyt mocno pomijając kolejność i nie dostając w swoje ręce jednego z tomów).



Książki czyta się z wielką przyjemnością, można przy nich dobrze odpocząć. Kryminały na poziomie. Do tego ciężkie do rozwikłania zagadki i śledztwo z nagłymi zwrotami akcji - przyciąga to na wieczór albo dwa (niestety czytałam w takim tempie, że na dłużej książek mi nie wystarczało).


Nie było inaczej jeśli chodzi o przyjemność czytania i zawiłą fabułę w przypadku Ran kamieni. Mimo że graficznie książka nawiązuje do poprzednich (tak jak właściwie cała seria kryminałów wydawnictwa), to zawartość już nie ta...



Tutaj już nie mamy dzielnego antropologa i innych stróżów prawa działających na pierwszym planie, rozwiązujących zagadkę, dogrzebujących się do prawdy (wręcz przeciwnie - stróżów prawa unika się jak tylko można, a że nie można w nieskończoność to książka kończy się jak się kończy - a jak? co to byłaby za przyjemność z czytania gdybym zdradziła jak...). Tutaj zagadka goni zagadkę, popędzane tajemnicą, ale te wszystkie sekrety nie powinny nigdy ujrzeć światła dziennego, straszne, makabryczne i wciągające.









Źródło ilustracji:
1. Chemia śmiercihttp://img.sadistic.pl/pics/0fd57ef926de.jpg
2. Rany kamienihttp://merlin.pl/Rany-kamieni_Bruises-Stone-Simon-Beckett,images_product,25,978-83-241-4854-7.jpg
3. Wołanie grobuhttp://merlin.pl/Wolanie-grobu_Simon-Beckett,images_product,27,978-83-241-4848-6.jpg
4. Zapisane w kościachhttp://merlin.pl/Zapisane-w-kosciach_Simon-Beckett,images_product,21,978-83-241-4846-2.jpg

niedziela, 8 czerwca 2014

Lubelska Noc Kultury


Jak już człowiek porządnie odespał szaleństwa nocy, rozruszał się i zastał go wieczorek, to może sobie popisać ;)

Tym razem o minionej Nocy Kultury jaka miała miejsce w Lublinie z 7 na 8 czerwca (dla Zainteresowanych link do strony wydarzenia: http://nockultury.pl/).

Wydarzenie trzeba przyznać - z rozmachem. Działo się wiele, w różnych miejscach, na różnych płaszczyznach kultury. Za mało jednej nocy, żeby wszystko obejść i wszystkiego spróbować, zobaczyć, poczuć.



Idea szczytna - noc dla solidnego "odchamienia się", ruszenia z domu i zobaczenia czegoś twórczego... Tego mi brakowało właśnie i miło, że taka inicjatywa miała miejsce. 

Noc Kultury to coś więcej, niż popularniejsza coraz bardziej w Polce idea nocy muzeów - muzea oczywiście też były otwarte, ale do tego była inna bogata oferta kulturalna - bibliotek, teatrów, muzyczna, plastyczna, IPN zaprezentował się z bardzo pozytywnej i otwartej strony (o nim przecież nie słyszy się za dobrze przez te wszystkie teczkowe medialne nagonki, szkoda że nie mówi się o innej, o wiele ciekawszej i bardziej twórczej działalności tej instytucji, np. dotyczącej opracowania źródeł drugiej wojny do tej pory skrzętnie pomijanych przez czasy PRL oraz tych dopiero co odkrywanych), a nawet ryzykanci balansujący na linie nad ratuszem, propozycje dla dzieci i dorosłych... Do wyboru, do koloru, każdy mógł znaleźć coś dla siebie.

Jestem pod wielkim wrażeniem i  mam nadzieję, że takie akcje będą powtarzane i to nie tylko w Lublinie :)







Źródło informacji: http://www.e-teatr.pl/pl//zdjecia/lublin/inne/(150x0)noc_kultury_2014ogo_nk.jpg

środa, 4 czerwca 2014

Szpital Lema

Ogólnie nie przepadam za twórczością pana Stanisława Lema, uznanego na całym świecie autora literatury pięknej z działu fantastyki naukowej. Fantastyka w jego wydaniu do mnie nie trafia - wiadomo, są gusta i guściki.

Dwa wcześniejsze podejścia nie były dla mnie zbyt udane...

Ale sprawa się zmieniła, gdy trafiłam na Szpital przemienienia, który żadną miarą nie jest historią fantastyki kosmicznej.

To opowieść całkiem inna, sceneria może i nie do końca normalna (bo szpital psychiatryczny), bardziej trafiająca do mnie.

Nie warto mi zdradzać więcej, niż że to szpital psychiatryczny i że druga wojna światowa przed progiem i ostatecznie w progach szpitala, ponieważ w tym przypadku wybitnie zepsułoby to przyjemność czytania.

A reszta? Zachęcam do lektury.









Źródło ilustracji: http://www.book.hipopotamstudio.pl/wp-content/gallery/daniel/lem_szpital.jpg


piątek, 30 maja 2014

Nasza generacja

Ten tekst musiał dojrzeć, dlatego też mała przerwa w publikacji czegokolwiek. Było trochę do przemyślenia, myśl nabierała powoli kształtu.

Chciałabym się podzielić swoimi spostrzeżeniami na temat "naszej generacji", czy może mojej generacji - dwudziestoparolatków.

Nie wiem jak nas określić - naiwni? głupi? na pewno oszukani, rozgoryczeni, coraz bardziej sfrustrowani...

To smutne, prawda?

Dla mnie bardzo, dobija mnie rzeczywistość, w której żyjemy. Młodzi ludzie, którzy pełną gębą powinni wchodzić w dorosłość, snuć plany większe i mniejsze i je z różnym powodzeniem realizować kończący na garnuszku rodziców, bo dorosłość jest luksusem, jest droga. Zastanawianie się nad ewentualnym wyjazdem za granicę (na co zdecydowało się sporo rówieśników, osób które znam, które za granicą osiągają to, na co w Polsce tyraliby do emerytury - czyli do świętego nigdy, bo nie wierzę, że dostanę tą lichą marchewkę z końca długaśnego kija). Zastanawianie się nad tym, czy założyć rodzinę. Za co tą rodzinę utrzymać, bo skoro nie stać mnie na samodzielną egzystencję, to po co powoływać do życia kolejne istnienie, małą osóbkę, całkowicie zależną ode mnie?

Jestem bezsilna, powoli zrezygnowana.

Całe lata wmawiano mnie, wmawiano nam wszystkim uparcie na każdym etapie edukacji, że nauka to potęga, że jak pójdę na studia to osiągnę sukces na rynku pracy. Że jak się nie będę uczyć to skończę "rowy kopiąc", ale to właśnie, o ironio, operator koparki zarabia więcej niż osoba z dyplomem uczelni wyższej!

To na co była mi ta cała nauka? Wszystkie moje starania? Żyję w kraju, gdzie więcej magistrów w moim pokoleniu jak rzemieślników, chociaż to tych ostatnich więcej potrzeba. To nie, lepiej było wypychać nas masowo na studia, tworząc do tego celu coraz więcej nikomu w zasadzie nie potrzebnych kierunków, dając nic nie znaczące papiery, zamiast solidnych podstaw do dalszego, samodzielnego życia.

Nie mamy nic, jest kiepsko i jest wielkie zdziwienie i larum. Bo wyjeżdżają masowo, bo tutaj jak zostają to nie mają dzieci, bo kto na emerytury będzie pracował? A o tym to należało myśleć parę lat wcześniej, a nie teraz drzeć szaty i nic poza tym, bo czy coś się zmienia na lepsze?

No może nie nic. Logiczne, że w kraju, gdzie wysokie bezrobocie należy podnieść wiek emerytalny, żeby dłużej zajmować etaty oraz posyłać dzieci rok prędzej do szkoły, żeby rok szybciej szły na bezrobocie, chyba że rodzice z nimi wyjadą za chlebem, albo one same, kolejne zniechęcone pokolenie...

poniedziałek, 26 maja 2014

Cena odgórnie

Przeglądając Internet trafiłam dziś na tekst pana Roberta Drózda (Drozda?, nie wiem jak powinnam odmienić poprawnie nazwisko):

Ustawa o stałej cenie na książki – za kilka lat obejmie także e-booki!



Temat właściwie nie nowy, powraca co jakiś czas - taki trochę odgrzewany kotlet. Szczególnie przy okazji ważnych dla książki wydarzeń, teraz na przykład z intencji warszawskich targów książki (na które po raz kolejny nie udało mi się wybrać, chociaż od jakichś dwóch czy trzech lat sobie obiecuję, że się na nich pojawię).

Mnie, jako nałogowego czytelnika i osobę starającą się regularnie robić zakupy w księgarniach, kwestia cen książek żywo interesuje.

To że one [ceny] regularnie rosną, szczególnie po wprowadzeniu VAT-u, przyjemne szczególnie nie jest, ale dochodzą do tego jeszcze inflacja i inne takie rzeczy - trzeba to jakoś przeboleć, zamiast trzech książek kupię dwie i też jest dobrze (jakby nie było to z czytania nie zrezygnuję), a jak sobie nie kupię (z powodu deficytu w funduszu książkowym), to zawsze mam biblioteki.

Główną ideą wprowadzenia stałej ceny ma być fakt "lecącego na łeb na szyję" poziomu czytelnictwa Polaków. Tylko tak na prawdę kto ma czytać, chce czytać, lubi czytać to czyta. Bo sobie książkę kupi, pożyczy od znajomego, pójdzie po nią do biblioteki... Więc jaki problem (chyba że mówimy o lobby wydawniczym dla którego to ból, że książkę się pożyczy bądź wypożyczy, bo wtedy zamiast przykładowo dziesięć osób kupić dziesięć egzemplarzy i je przeczytać, to w dziesiątkę skorzystają z jednego - fakt to tragedia, to może lepiej zakażmy pożyczania sobie nawzajem książek i pozamykajmy biblioteki dla dobra powszechnego)? Zajmijcie się tym, żeby ludzi nie zniechęcać już od najmłodszych lat do czytania, albo może się nie zajmujcie, bo to wygląda coraz gorzej.

Dalej - traktowanie książki jak towaru. Książka to towar, tak samo jak płyta z muzyką na przykład. Fakt, zawartość może (i powinna) mieć znaczenie kulturotwórcze, ale nadal jest to przedmiot, za który trzeba zapłacić. A przy takich cenach jakie są to książka musi mieć na prawdę bardzo dobrą zawartość, żebym kupiła ją za cenę okładkową, nie czekając na obniżkę. W biblioteki też to poważnie uderzy, wracając do myśli o wypożyczaniu z tego typu instytucji, ponieważ one też korzystają jak tylko mogą ze źródeł tańszej książki z wiadomych powodów polskich realiów, więc skoro ani samemu, ani z biblioteki, to skąd?

A wychodząc poza aspekty książkowo-kulturowe, jest to próba dużej ingerencji w rynek. Gdzie tu miejsce dla konkurencyjności? Mamy wrócić do gospodarki centralnie sterowanej, może jeszcze wprowadźmy reglamentację towaru? Jak kupuję buty to też moja decyzja za ile i u kogo je kupię, więc dlaczego w przypadku książek ma być inaczej?

Dla mnie wprowadzenie stałej ceny to zabójstwo dla rynku książki i czytelnictwa, bo nie stać mnie zwyczajnie będzie na zakup wszystkich książek, które bym chciała w danym roku, ponieważ stała cena będzie - nie oszukujmy się - wysoka, bo o to chodzi wielkim wydawcom, obojętnie czy mowa o kodeksie, czy pliku, albo nagraniu, w tym nie ma troski o małe księgarnie, które tak na prawdę przystosowały się do realiów rynku i sobie całkiem nieźle radzą w sąsiedztwie sieciówek księgarniowych oraz półek z literaturą wszelką w marketach. Za to może nauczy mnie cierpliwości - żeby odczekać owe 18 miesięcy i kupić książkę w bardziej akceptowalnej cenie. Odcięcie ludziom w ten sposób dostępu do nowości zabije czytelnictwo w Polsce, jedyną "zasługą" będzie chyba wzmożone zainteresowanie pirackimi plikami książek krążącymi w Internecie.

czwartek, 22 maja 2014

Mądre słowo na dziś

Nie czytuję literatury autorstwa pani Katarzyny Grocholi (literatura kobieca to jakoś coś co do mnie nie przemawia, obyczajówkowatość tym bardziej nie), ale w wywiadach czy innych takich można odnaleźć coś ciekawego, jak "słowo na dziś", po wszystkich zawirowaniach genderowo-homoseksualno-eurowizyjno-feministycznych:



Pod czymś takim mogę się podpisać i ja. Dziękuję i pozdrawiam







wtorek, 20 maja 2014

Biografia Zofii Fryderyki Augusty von Anhalt-Zerbst-Dornburg, która Rosją władała

Od zawsze fascynowały mnie wielkie kobiety znane w historii świata. Silne osobowości, którym udawało się "przebić" w świecie w poprzednich wiekach, nie czarujmy się, należącym i rządzonym przez mężczyzn (uprzedzając wszelkie skojarzenia, nie jestem i nigdy nie byłam feministką, stwierdzam tutaj prosty fakt, że w ciągu wieków to mężczyźni władali politycznie i nie tylko tym światem - a ja nie mam z tym najmniejszych problemów, nie będę się upierać, że "Kopernik była kobietą" ;)). A fenomen kobiet dzierżących w takich okolicznościach władzę jest pociągający, dlaczego akurat one? jak im się to udało? i wiele innych pytań. 

Dlatego też lubię od czasu do czasu sięgnąć po literaturę faktu z zakresu historii. W tym przypadku po biografię Katarzyny II Wielkiej pióra pana Andrzeja Andrusiewicza zatytułowanej Katarzyna Wielka : prawda i mit.

Jakby nie było Niemka na tronie carów rosyjskich to ewenement, w dodatku ta Niemka przejęła stery rządów i przez ponad 3 dekady samodzielnie władała państwem, którego terytoria znajdowały się na dwóch kontynentach, poszerzając jego granice i zdobywając ziemie na trzecim. Niemka, która stała się symbolem rosyjskości, ex-protestantka wzorem córy prawosławia!!! Która reformowała zacofane państwo, żyjące legendą Piotra Wielkiego...

Wiem wiem, zaraz Ktoś mi tu zarzuci, że słodzę największemu wrogowi Rzeczypospolitej tamtych czasów, wypisuję tutaj laurkę (tylko zastanówmy się ile w losie Polski Szlacheckiej było zasługą panów szlachty, w końcu to oni wywołali stan anarchii i doprowadzili państwo do ruiny pod każdym względem, jeśli w kraju rządzi banda chciwych i zapatrzonych w siebie nieudaczników to jak to miało wyglądać? A jedna tylko Katarzyna rozbiory robiła i dolewała oliwy do polskiego ognia?). Ale tak nie jest, to nie jest laurka, tylko szczery podziw dla kobiety, która tyle w swoim życiu dokonała, która była wybitną osobowością. A za swego życia i później po śmierci doczekała się swojej czarnej legendy...

Może to właśnie bardziej famie skandalistki zawdzięcza swą sławę przez wieki, niż swoim dokonaniom i geniuszowi politycznemu?






Źródło ilustracji: http://i.datapremiery.pl/4/000/04/403/andrzej-andrusiewicz-katarzyna-wielka-cover-okladka.jpg

niedziela, 18 maja 2014

O młodych i młodości naszych czasów


Tak chyba najkrócej można streścić zawartość książki napisanej przez pana Pawła Kępskiego Single.

Nie jest to na pewno książka do poczytania w stanie depresji (czy innego załamania humoru i samopoczucia), mało to optymistyczne, zdecydowanie nie podnoszące na duchu.

A jednak ta książka ma w sobie "to coś", że mimo całej beznadziei ukazanego obrazu chce się czytać, wiedzieć jak się dalej potoczą losy bohaterów, tytułowych singli (bo są to przeplatające się historie więcej niż jednej osoby, utrzymane w ciekawej konwencji - jakiej nie zdradzę, lepiej samemu się przekonać jak to wygląda). 

Może jestem niepoprawna, lecz do ostatniej strony miałam nadzieję, że to będzie bajka z happy endem. Wiem, że nie każda historia dobrze się kończy, byłoby to zbyt nudne (i tendencyjne?)... Bajki dla dorosłych nie chcą zawsze kończyć się tak dobrze jak te dla dzieci, trochę to smutne.


Ale może Ktoś jednak się skusi na przeczytanie książki z mało szczęśliwym zakończeniem (chociażby po to, by się przekonać jak ono wyglądało)?







środa, 14 maja 2014

Podróż "Autostopem"

Sytuacja życiowa zaczyna się powoli klarować (nie chcę zapeszać), więc ze spokojniejszą głową mogę wrócić do smarowania kolejnych postów :)


W nagrodę za to, że udało mi się tak ładnie i szybko wszystko poogarniać może bym się wybrała na jakąś wycieczkę?

I to tak z całym rozmachem. 

Pójdę na żywioł i wybiorę się autostopem w daleką drogę. Jak daleką? Jak tylko się da - po krańce Galaktyki z bohaterami powieści pana Douglasa Adamsa.

Seria ponoć ciekawa i zabawna - a po ostatnich napięciach przydałoby się nieco rozluźnić. Z dobrego Źródła wiem, że to coś akurat takiego do rozerwania się, chociaż science-fiction to nie moje klimaty, warto jednak eksperymentować, próbować nowości i odmiany, prawda?

Aż sama jestem ciekawa jak ten eksperyment mi się uda.

Jeszcze Ktoś chętny ze mną na taką kosmiczną wycieczkę? ;)






Źródło ilustracji: http://ecsmedia.pl/c/trylogia-autostopem-przez-galaktyke-b-iext22036428.jpg

sobota, 3 maja 2014

Przepraszam za milczenie

Ostatnio ciężko ze złożeniem mi się na pisanie. Upraszam więc o wybaczenie. 

Szukam pracy, jestem z tego powodu strasznie zalatana (od rozmowy do rozmowy, odbieranie telefonów, sprawdzanie lokalizacji kolejnego potencjalnego pracodawcy, namiętne przeglądanie ofert, bo na UP ciężko liczyć - czyli typowa Polska rzeczywistość człowieka poszukującego pracy), jednak życie na bezrobociu to żadne siedzenie na tyłku i nic nie robienie, to nawet ciężka praca, i jakoś ostatnie o czym myślę to pisanie tutaj...

Jaka szkoda, że tak to trudno idzie, ale nie ma co się poddawać, ponoć kto szuka, ten znajdzie, więc szukam. 

Trzymajcie za mnie kciuki? ;)

piątek, 25 kwietnia 2014

O książkach zakazanych


Owoc zakazany, jak powszechnie wiadomo, smakuje najlepiej. Nawet jeśli tym owocem jest książka. A może wtedy szczególnie?

W człowieku tkwi taka przekora, prawda? Im bardziej się czegoś zabrania, tym bardziej się tego pragnie. To bardzo ciekawe.

A dziś przeglądając Internet natrafiłam na bardzo ciekawą pozycję. 

W oczy wręcz mi się rzuciła Krótka historia książek zakazanych pana Wernera Fulda.

Książek jakby nie było to na przestrzeni dziejów ubierało się w różnych indeksach ksiąg zakazanych czy innych czarnych listach z dopiskiem "nie dotykać".

Ale jakie tytuły? Dlaczego te konkretne, a nie coś innego? Co było w tych książkach takiego, że wymagało według pewnych "sił wyższych" co najmniej zamknięcia dzieł pod kluczem jeśli już nie fizycznej eksterminacji?

Fascynujące - prawda?









środa, 23 kwietnia 2014

Czy mamy co świętować?

23 kwietnia to według dostępnych informacji medialnych Światowy dzień książki.

Tylko czy My - Polacy - mamy co w takim dniu świętować?

Patrząc na to chłodnym okiem to poziom czytelnictwa zatrważająco niski w pięknym nadwiślańskim kraju (tendencja spadkowa dzielnie utrzymuje się od lat). 

Wszystko ogranicza się do biadolenia na ten temat (ja tutaj też biadolę tak po prawdzie, ale jak pracowałam to starłam się zachęcić do książek i pokazać, że biblioteka nie gryzie, nawet to dawało efekty). Samej książki zaś jako takiej się nie promuje, w szkole zniechęca jak tylko można dzieciaki do czytania - będę obstawała przy swoim że spisy lektur to gwóźdź do trumny czytelnictwa. Akcje proczytelnicze też nie do końca sobie radzą, to jak głos wołającego na puszczy, mały odzew, z reguły od osób, które i tak czytają. 

Dla książek wiele dobrego i to skutecznie zrobili chyba ostatnio tylko filmowcy. Zapytacie: jak? dlaczego? skąd ci się to kobieto ubzdurało? A bardzo prosto. Ile ostatnio powstało ekranizacji? Ile z nich odniosło nawet sukces kasowy, czy chociażby spory rozgłos? No właśnie. A sporo jest takich osób, które samo czytanie niby niet, ale jeśli dotrze do nich informacja że ten fajny film to na podstawie książki to po tą książkę sięgają, później (jeśli książka się podoba, a najczęściej tak jest), to szukają innych tytułów tego samego autora, czasami miłość do książek zostaje i idą już po kolejne dzieła.

Czyli książkom ostatnimi czasy pomaga pięknie srebrny i szklany ekran. Jestem jak najbardziej za :)







czwartek, 17 kwietnia 2014

***

Dziś muszę niestety "wygwiazdkować" tytuł. Totalnie nie wiem jak nazwać to, czym dzisiaj chcę się podzielić, jakiś zanik kreatywności czy coś.

Po kiepskiej pogodzie ostatniego tygodnia nareszcie za oknem ciepło, słoneczko i z rzadka widoczne puchate białe obłoczki - wymarzona wiosenna pogoda, taka najlepiej już na stałe, do tego Wielkanoc idzie. Powinnam się cieszyć, tryskać optymizmem, dorzucić tutaj coś w swoim mniemaniu inspirującego o książkach.

Tylko...

No to jakoś mi nie idzie, zbieram się na pisanie, a tu pustka, bo o czym mam pisać, gdy chwilowo nie mam głowy do książek? Do szukania nowości, do odkopywania w pamięci co to już ciekawego było i można tutaj tym się podzielić.

Nie lubię mówić o polityce, wylewać swoich żali, ale trochę mi tego za dużo.

Ciężko mi mieć głowę literatury tego szczególnie teraz. Tak, szczególnie teraz. Non stop trąbi się o Ukrainie, tam już prawie regularna wojna, a wszyscy wokół zastanawiają się nad dalszym grożeniem palcem Rosji i Putinowi, który jedyny w całej tej sytuacji ma jaja. Powiedzmy sobie szczerze, że na sankcjach gospodarczych w tym wydaniu cierpi rodzimy rynek, a nie rynek rosyjski. Zabrońcie IMPORTU do UE towarów rosyjskich, to ich zaboli, ale nie EKSPORTU na rynki rosyjskie, bo to karanie własnych przedsiębiorców, a obywatele rosyjscy tam i tak tego nie odczują od razu nie wiadomo jak - jak nie ma stąd to będzie z innego źródła. Róbcie tak dalej to może się okazać, że wschodnia część Polski też może niedługo zachce mówić po rosyjsku i w sklepach płacić rublami.

Nie to że jestem zwolennikiem wojny (wręcz przeciwnie, wolę święty spokój), nie mówię, żeby tam od razu z czołgami i zrównać wszystko z ziemią, chociaż tak z drugiej strony to nie ma już poza tym zbyt wielkiego pola manewru dla działań pokojowych. Czas takich rozwiązań moim zdaniem został przespany, trzeba było się wykazać stanowczością wtedy, zanim doszło do "plebiscytu" na Krymie, zanim zrobił się taki ukraiński kocioł, zamiast czekać co będzie. Wszyscy się naczekali i co z tego mamy?

Tak, wiem że mogę sobie tylko gadać, a dziś mam wielką ochotę sobie pogadać i ponarzekać.

I to nie tylko o Ukrainie, czarę goryczy tak samo przelewa działalność przedszkola na ulicy Wiejskiej miasta stołecznego Warszawa. Przedszkole, a nie Sejm, przy czym nie wiem czy nie obrażam przedszkolaków, bo mam wrażenie, że dzieci w tym wieku są bardziej rozgarnięte, niż ci ludzie, którzy zostali wybrani w wyborach. Może to takie miejsce wpływające na to, że poważni ludzie (za takich zawsze chciałam uważać polityków - przedstawicieli i reprezentantów Narodu) uwsteczniają się? Bo jak to nazwać? Ciągłe przepychanki i zamiast współpracy w czasach cięższych (wybitnie teraz) i lżejszych, to się przelicytowują, kto lepszy, ośmieszają i dyskredytują swoich przeciwników ideowych. To jest menażeria, cyrk, czy jeden z organów państwa, który powinien cieszyć się wyjątkową estymą społeczeństwa?

Mam serdecznie dość upolityczniania spraw, które nie są polityczne, a kryminalne powiedzmy (Smoleńsk, afera Amber Gold). Mam dosyć tego, że Rząd wprowadza i forsuje rzeczy, które wybitnie nie mają poparcia społecznego, na które nie ma warunków - 5latki w szkole. Ludzie, pracy nie ma, a Wy chcecie prędzej o rok wysyłać młodych ludzi na rynek pracy, na rynek, na którym trzeb pracować do 67 roku życia jak już ma się to szczęście że ma się pracę. Skoro osoby dojrzałe "okupują" stanowiska żeby doczekać się miernej emerytury to gdzie mają pracować coraz to nowe roczniki. Czy zwiększenie poziomu bezrobocia to jest to?

I jeszcze dziwi Was, że tylu młodych ludzi wyjeżdża za granicę. Że lepiej wyedukować się dobrego zawodu, opanować język i wyjechać. Prawdziwy szok, że ktoś chce założyć rodzinę i zapewnić tej rodzinie godny byt, a nie wegetację na poziomie najniższej krajowej. Wyliczania średniej krajowej nawet nie chce mi się komentować, bo to śmiech na sali.

To i kilka innych spraw, ale myślę, że już dość żółci publicznie wylałam.

Serdecznie dziękuję za uwagę.

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Złodziejka książek


Coś takiego sympatycznego widziałam najpierw gdzieś na wystawie księgarskiej (były to bodaj świeżynki, prosto z prasy drukarskiej), później obiło mi się o uszy, o filmie tak właśnie zatytułowanym. Film obejrzałam - faktycznie dobry tak jak zachwalano.

Teraz ciekawa strasznie jestem książki (tym razem mam ją nawet już na półce, kupiona w ramach nie mojego planu i niecnego podstępu). Skoro film urzekający, to jak dobra powinna być książka-pierwowzór?

Czy powieść Złodziejka książek pana Markusa Zusaka jeszcze czymś mnie zaskoczy po projekcji filmu, jakby nie było to główny nurt fabuły zdążyłam poznać... Może (mam ogromną nadzieję przynajmniej) odkryję w książce wątki pominięte w ekranowej wersji?

No cóż... Myślę że Pożeraczka Książek powinna koniecznie bliżej zapoznać się ze "Złodziejką" :)







Źródło ilustracji: http://ecsmedia.pl/c/zlodziejka-ksiazek-b-iext24142045.jpg

niedziela, 13 kwietnia 2014

Czy da się uciec przed przeszłością?

Tym razem mała załamka w częstotliwości wpisów, ale to dlatego, że czytałam kapitalną książkę i chciałam najpierw ją skończyć i napisać tutaj parę słów o niej, zanim chwycę za cokolwiek innego.

Moim zdaniem książka na prawdę na to zasługuje.

Przed chwilką zakończyłam czytanie zapisków pani Jessici Stern zatytułowanych To nie mogło się zdarzyć : Uciekałam przed koszmarem z przeszłości.

Tym razem nie mamy do czynienia z powieścią, jest to zbiór zapisków z śledztwa, z fragmentami wywiadów? Rodzaj pamiętnika? Może też momentami rozliczenia z trudną przeszłością i spowiedzi?

Przemoc (w jakiejkolwiek formie, przemoc psychiczna to nadal przemoc), wykorzystywanie, gwałt - czy i jak to zmienia człowieka, jakie ślady zostawia w psychice, jakie sieje zniszczenia? I najważniejsze - czy i jak można się z tym uporać?

Odsyłam po odpowiedzi do kart książki.








Źródło ilustracji: http://ksiegarnia.pwn.pl/public/pic/hcovers/240/25/to-nie-mogo-si-zdarzy_78670.jpg

środa, 9 kwietnia 2014

Jak Gucewicz pogrzebała wróbla

Nie, to zdecydowanie nie jest wyjątek z dodatku funeralnego dla amatorów pogrzebów zwierzęcych, a to była pierwsza (błyskotliwa?) myśl jaka przyszła mi do głowy, gdy przeczytałam tytuł.

Wróbel i jego pogrzeb (z całą odpowiednią ku tej uroczystości oprawą) jest jednym z epizodów wspomnianych na kartach książki, ale nie chodzi tu o życie owego tytułowego wróbla, jego śmierć (bardziej lub mniej tragiczną, tak do końca tego nie wiadomo), a o losy samej pani Krystyny Gucewicz.

W tej książce bowiem zostało przez autorkę opisane jej życie, nie całe, często niedokładnie, najczęściej chaotycznie. Taka gawęda o własnych i rodzinnych przejściach (swoją drogą ciekawych i bogatych, tym bardziej, że wynikałoby że przed wojną rodzina nawet szlachecka, jak takim mogło być za czasów równości Polski Ludowej?). Bardziej o czasach dzieciństwa (kolorowego w szarym PRL-u) niż całej reszcie, ale to chyba właśnie dzieciństwo wspomina się najlepiej?

I jak widać - jest co opowiadać, skoro na ten temat udało kartek zapełnić, by powstała całkiem do rzeczy książka.







wtorek, 8 kwietnia 2014

Masakra profana

Po książkę sięgnęłam można powiedzieć, że z polecenia (otrzymałam od osoby, która od czasu do czasu podrzuca ciekawe i inspirujące rzeczy do poczytania, na które sama często nie zwróciłabym uwagi w bibliotece czy księgarni). Dość długo zwlekałam jednak z sięgnięciem po tytuł - tak jakoś wyszło.

Ale widać tak miało być, a książka okazała się inna od wszystkiego, o czym człowiek myśli, słysząc że to o objawieniu i posłannictwie bożym ma być.

Pan Jarosław Stawirej w swojej Masakrze profana postawił całe wzniosłe zagadnienie delikatnie mówiąc do góry nogami, patrząc na nie z punktu widzenia oszołomionej, acz szczęśliwej osoby o silnej wierze, uduchowionej do szpiku kości (zdewociałej może nawet?), a z "praktyczniejszej" perspektywy mało uduchowionego szczurka będącego jednym z czempionów osławionego życiowego wyścigu w kierunku grubej kasy i niczego więcej.

Bo czy objawienie Maryi z personalnego wyboru Jezusa i polecenie: "idź w świat głosić Ewangelię" dla każdego musi brzmieć jak spełnienie życia, wygrany los na loterii?

A co jeśli się miało inne plany na życie, większe aspiracje od stania się współczesnym pastuszkiem?





czwartek, 3 kwietnia 2014

Zajrzeć do "Gildii magów"

Trylogia Czarnego Maga pani Trudi Canavan na polskim rynku księgarskim jest dostępna już od dłuższego czasu (kiedy wyszło pierwsze wydanie nie pamiętam dokładnie, jakieś 4-5 lat temu?).

Lubię książki fantazy, a to jest ponoć całkiem dobre (wolę uniknąć rozwodzenia się nad treścią, opisało to już wielu, mi zaś ciężko cokolwiek mówić bez czytania, tak też nie wypada). Jak więc cudem nie udało mi się do tej pory "połknąć" tych trzech cudnej urody książeczek?


Nooo... zdobycie ich okazało się nieco problematyczną sprawą. W okolicznych bibliotekach nie znalazłam (nie było w ogóle, albo wypożyczone, chociaż ta druga sytuacja dobrze świadczy o książkach - kiepskiej nikt raczej by nie chciał czytać), a zakupu całego pakietu nie udało mi się dokonać.

Muszę to koniecznie jeszcze nadrobić :)







Źródło ilustracji: http://gildia-czarnych-magow.blog.onet.pl/wp-content/blogs.dir/1206848/files/blog_iv_4604314_7026441_sz_gildia-magow-ksiega-i-trylogii-czarnego-maga_trudi-canavan_images_big_29_978-83-925796-0-1.jpg

poniedziałek, 31 marca 2014

O tym jak Krzyżacy wynaleźli bombę atomową

Tytuł to nie kiepski żart (czy inna tania rewelacja), ale najprawdziwsza prawda z literackiego świata stworzonego przez pana Dariusza Spychalskiego w Krzyżackim pokerze. Same powieści to żadna literatura klasy nędznej, żaden chłam (chociaż z powodu przeszacowanego najwidoczniej nakładu na dwa kieszonkowej wielkości tomiki trafiłam w pudłach z tanią książką), całkiem dobrze się to czyta, miły relaks.

Trochę to wszystko podobnie wykreowane do Wielkiej Rzeczpospolitej (http://www.wielkarzeczpospolita.net/), chociaż urządzone z mniejszych rozmachem i większym prawdopodobieństwem.

Wyobraźmy (a jeszcze lepiej sięgnijmy po książki i przeczytajmy) sobie, że w XX wieku nadal istnieje Zakon Najświętszej Maryi Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie, a właściwie to nie w Jerozolimie, a na historycznie nam znanych terenach Prus, które serio przed wiekami Krzyżacy zajmowali. Ma się do tego całkiem dobrze i sprawnie jako państwo zakonne.

Żadnej drugiej wojny światowej, czy innych faktów znanych powszechnie z lekcji historii, tam historia od pewnego momentu potoczyła się zupełnie inaczej, może nawet szczęśliwiej i fortunniej dla nadwiślańskiego kraju?

Co więcej, przez te wieki nic się prawie nie zmieniło ustrojowo, mamy feudalizm (w unowocześnionym nieco wydaniu, ale nadal), rządzą panowie szlachta, potężna Rzeczypospolita. I to jaka! Aż Trojga Narodów.

I do tego ci Krzyżacy... taki wrzód na zdrowym organizmie, niby maluczko ziem jak na organizm państwowy, takie kolejne województwo o nieco większej autonomii od pozostałych. Takie węże, które się czają i w odpowiednim czasie kąsają z zaskoczenia.

Co tym razem wydumali? 

Noooo... Między innymi tytułową bombę atomową, do tego trochę innego zamieszania (kurczątko, za dużo tu opowiadam).

Ale czy coś im z tego wyjdzie? Jak afera się zakończy?

Zapraszam do lektury ;)








Źródło ilustracji:

sobota, 29 marca 2014

Nie mogę się powstrzymać żeby nie skomentować...

Przeglądając Internet napotkałam artykuł o wdzięcznym tytule:

Unia Europejska wymusi blokowanie pirackich stron na dostawcach usług internetowych


(dla Zainteresowanych treść całego tekstu: http://pclab.pl/news57072.html)

Jak dla mnie - sprawa bulwersująca.

Dlaczego?

Dostawca Internetu to tylko POŚREDNIK, a jako taki nie odpowiada za to, co każdy z osobna zrobi z dostarczaną usługą (czy będzie całego dnie spędzał na twarzoksiążce, grał w gry po sieci, szukał przepisu na ciasto imieninowe, czy cokolwiek innego), jego to nawet nie powinno interesować, opłacam, więc moja sprawa co robię.

Pirackie strony powinni omijać sami użytkownicy, prawda? W końcu mniej-więcej każdy wie jakie sankcje grożą za piracenie, ma świadomość jakie działanie jest w jakim stopniu legalne. Ewentualnie są odpowiednie służby, które zajmują się ściganiem z urzędu naruszeń praw autorskich.

Na zdrowy rozum - na tej samej zasadzie powinno się ukarać sprzedawcę w sklepie za to że u niego piroman zakupił paczkę zapałek, za pomocą której spalił dom, stodołę czy samochód, albo dealera samochodowego, bo auto z jego salonu spowodowało wypadek.

Producent czy pośrednik nie ponosi odpowiedzialności za to co końcowy użytkownik zrobi z oferowanym towarem/usługą. Każdy w końcu swój rozum ma, od kiedy to Państwo czy UE musi nas do tego stopnia niańczyć, to zakrawa nawet na ubezwłasnowolnienie.

Jeśli chcą coś w tej sprawie zrobić, to niech lepiej pomyślą nad zmianą prawa autorskiego na bardziej przystające do życia (w tej formie raczej się nie sprawdza, a co by dopiero było bez wolnych licencji typu CC czy GNU?). Lepiej utrudnić ludziom życie, niż zrobić trochę porządku (godząc w kasiaste grupy interesu, ale kto by sobie zakręcał kurek z dotacjami), tak łatwiej i wygodniej, prawda?

Ledwo przyschła afera z ACTA, teraz to...

piątek, 28 marca 2014

Jak przetrwała pani Eva i jej siostra

O eksperymentach medycznych w obozach koncentracyjnych krążą legendy, sporo na ten temat napisano, nawet coś mi w ręce wpadło, tylko do tej pory były to raczej opracowania naukowe, a nie relacje bezpośrednich świadków, czy też ofiar nazistowskiej medycyny.

Książkę o tym, co spotkało dwie dziewięcioletnie bliźniaczki rozłączone z rodziną (rodzicami i starszą siostrą) na rampie KL Auschwitz napisała pani Eva Mozes Kor.

Jaka ta historia jest - zapewne jedyna i niepowtarzalna, jak każde (każde i niepowtarzalne, wiem że to się kłóci, ale mimo że opisów doświadczeń obozowych jest wiele, to jednak one nigdy nie są w 100% takie same) tego typu przeżycia.

Na ten tytuł trafiłam dzięki onetowemu artykułowi (nie wszystko w tym portalu zamieszczone jest wartościowe, ale od biedy może się coś trafić, tak jak to). W artykule, właściwie wywiadzie (http://kobieta.onet.pl/eva-mozes-kor-zrozumialam-ze-tylko-wybaczajac-moglam-na-powrot-stac-sie-szczesliwa/ky7kb), trafiłam na takie słowa pani Evy:

Zrozumiałam, że tylko wybaczając mogłam na powrót stać się szczęśliwą osobą, pomimo tego wszystkiego, co się wydarzyło. Wybaczyłam nazistom nie dlatego, że na to zasługiwali, ale dlatego, że każdy człowiek ma prawo do wolności. A wolnym możesz być tylko wtedy, jeżeli nikt nie ma kontroli nad twoim życiem. Pielęgnując w sobie nienawiść do nazistów dawałam im taką kontrolę. W pewnym sensie wybaczenie okazało się formą zemsty, ponieważ w ten sposób uwolniłam się spod ich kontroli.

I chyba najbardziej te słowa mnie uderzyły i zachęcają do podjęcia poszukiwań tej książki na półce bibliotecznej czy księgarskiej.








Źródło ilustracji: http://merlin.pl/Przetrwalam-Zycie-ofiary-Josefa-Mengele_Ewa-Mozes-Kor-Lisa-Rojany-Buccieri,images_big,1,978-83-7839-704-5.jpg

wtorek, 25 marca 2014

Kraina szczęśliwości wg Krasnodębskiego

Ponieważ eksperyment z Chwastami mogłam zaliczyć do udanych, postanowiłam sięgnąć po coś jeszcze napisanego przez pana Jana Pawła Krasnodębskiego.

Tym razem wybór padł na pozycję o bardzo optymistycznym tytule - Kraina szczęśliwości

Książka moim zdaniem równie udana jak poprzednia, choć o odmiennej tematyce.

Tym razem na tapecie rodzina, a raczej to co kryje się pod pozorami dobrej rodziny, to czego nie widzą sąsiedzi, co dzieje się w czterech ścianach (nie koniecznie przemoc i patologia), ładnie stworzonym obrazkiem na potrzeby otoczenia. To, że wszystko, sukces i stabilizacja mogą rozsypać się jak domek z kart...

tylko jak sobie z tym radzić, jak szukać złotego środka, jak żyć (nie koniecznie panie premierze, tylko tak ogólnie)

Ta książka to nie recepta na życie, na rozwiązywanie problemów, czy naprawianie podręcznikowe relacji rodzinnych, ja bym tego tak w żadnym razie nie traktowała, ale może dzięki niej można popatrzeć na się trochę z boku?

Czasami warto spróbować









Źródło ilustracji: http://www.videograf.pl/kraina%20szczesliwosci%20big.jpg

poniedziałek, 24 marca 2014

Koszmar interpretacji

Interpretacja tekstu - mój prywatny koszmar szkolny na każdym szczeblu nauczania. Nie dlatego że byłam słaba z polskiego, czy coś w ten deseń... Raczej chodziło o to sakramenckie pytanie pani polonistki (nie trafiłam na pana polonistę):

"co autor miał na myśli"

a im człowiek był starszy, tym bardziej cisnęło się się na usta:

"kobieto, co autor miał na myśli to już napisał, tekst masz przed nosem... pytaj autora, a nie mnie co on miał na myśli"

prawidłowe pytanie skierowane do klasy to raczej powinno być:

"jak wy odbieracie ten tekst? jakie przemyślenia wam nasuwają się po lekturze?"

Bo interpretacja tekstu to własne przemyślenia odbiorcy danego tekstu, nie mają czasami wiele wspólnego z tym, co znajduje się na papierze zadrukowanym interpretowanym tekstem (tak przynajmniej myślę, po tym jak prezentowano nam na zajęciach interpretacje w wykonaniu ponoć uznanych autorytetów - krytyków czy innych literaturoznawców, które momentami były bardziej nadinterpretacjami niż pomysły kolegów i koleżanek z ławek w klasie)

Prawidłowa interpretacja? nadinterpretacja? czy takie pojęcia powinny istnieć?

Według mnie - nie

Z jednego prostego powodu, każdy człowiek ma prawo do własnego odbioru tekstu. Co to jest za interpretacja, skoro ja mówię A, a polonistka mnie "butuje" mówiąc B, nie zostawiając na mnie najczęściej suchej nitki za błędny tok myślenia, czy cokolwiek i orzekając że jest to jedyna słuszna droga patrzenia na tekst (nie próbując przy tym ze mną dyskutować, by mnie przekonać do swoich racji, tylko narzucając mi swoje zdanie po całości, siłą nie wiem czego - bo w tym momencie już chyba nie ma mowy o autorytecie)? Gdzie tu miejsce na samodzielne myślenie? Mam się uczyć myślenia, rozwijać się, czy stać się jasnowidzem od kluczy egzaminacyjnych?

Sytuacja, przyznacie sami - kuriozalna, polska lekcja polskiego wygląda dokładnie jak sytuacja z komiksu poniżej.



I tym "optymistycznym" akcentem pragnę zakończyć zrzędzenie na dziś ;)







Źródło ilustracji: http://img.wachamksiazki.pl/media/2014/03/7fb89d0c7d9a01727585e1e8db86993b_page.jpg?1395644154

sobota, 22 marca 2014

Sensacje Bogusława Wołoszańskiego

Pana Bogusława Wołoszańskiego kojarzyłam do niedawna jeszcze tylko (a może i aż?) z serią ciekawych programów dotyczących tajemnic, zagadek, sensacji związanych z, jak mówiła nazwa, całym XX wiekiem (szczególnie te dotyczące II wojny światowej utkwiły mi w pamięci).

Jakże byłam mile zaskoczona, gdy okazało się, że powstała (dobrych parę lat temu) także książkowa wersja Sensacji XX wieku.

Mnie udało się dotrzeć tylko do jednego z tomów serii, tego dotyczącego II wojny światowej, akurat ten był na półce mojej Filii, ale miło że chociaż tyle ;)

Narracja w książce była prowadzona podobnie do tej znanej z nagrań, także czytało się to równie przyjemnie, jak wcześniej słuchało i oglądało.

Akurat ta część bardziej przypominała zbiór artykułów (felietonów?) na temat - każdy rozdział dotykał innej sprawy, ale wszystko logicznie się ze sobą wiązało, płynnie przechodząc z rozdziału do rozdziału. Pisane ludzkim językiem, więc człowiek nie męczył się nad rozszyfrowywaniem zawiłości terminologicznych.

Cóż mogę więcej powiedzieć? Strasznie żałuję, że nie miałam okazji przeczytać czegoś więcej








środa, 19 marca 2014

Od "Dział" proponuję zacząć przygodę

Tym razem coś dla Wielbicieli literatury sensacyjnej, której tłem są bardziej lub mnie zmyślone wydarzenia ostatniej wojny światowej.

Działa Nawarony pana Alistair'a MacLean'a. Pewnie niektórzy kojarzą ten tytuł bardziej z filmem, ponoć taki powstał i jest całkiem przyjemny w odbiorze, ja osobiście jakoś nie miałam okazji obejrzeć ekranizacji, także moje wrażenia odnoszą się tylko do książki.

A sama książka - świetna, mówiąc tak jednym słowem. Świetna konstrukcja fabuły (właściwie klasyka - grupa do zadań specjalnych dostaje do wykonania misję praktycznie bez szans powodzenia), adrenalina i nagłe zwroty akcji, czyli to co w literaturze tego gatunku lubię najbardziej ;)

Co to dokładnie za misja? Gdzie los rzuci komandosów (i co to właściwie za grupa szaleńców, gotowa na wszystko)? Czy ich misja, której szanse powodzenia są nikłe, powiedzie się? 

Zapraszam do lektury, miła rozrywka na taki wczesnowiosenny szaro-bury czas.








Źródło ilustracji: http://esensja.stopklatka.pl/magazyn/2002/07/img/ilustr/13_20a.jpg

poniedziałek, 17 marca 2014

A to ci "Chwasty"

Pan Jan Paweł Krasnodębski - do tej pory autor znany mi tylko z tytułów lekko starszych książek zalegających pod literą "K" w dziale literatury polskiej mojej Filii. Tytuły wypisane na grzbietach książek określiłabym momentami mianem "dziwne"...

Dlaczego?

Popatrzmy choćby na takie Chwasty - no to nie jest w żadnym razie książka z zakresu ogrodnictwa.

A o czym to w takim razie?

Czy będzie to satysfakcjonujące, gdy powiem że o młodej kobiecie i psie, i tacie kobiety, i jej mamie, i o trudnych relacjach między tymi rodzicami a córką, i o relacjach damsko-męskich w jakimś stopniu... jeszcze trochę mogłabym wyliczać (już i tak za dużo się tu rozgadałam), ale lepiej będzie jeśli sami sobie wyrobicie zdanie o czym jest ta książka, jakich tematów i sekretów dusz (?) dotyka.

Powiem jedno - Chwasty są na prawdę warta tego, by poświęcić im czas na przeczytanie, na upartego wystarczy jedno popołudnie.






piątek, 14 marca 2014

Instrukcja

Ktoś mi już jakiś czas temu wspominał, jak się powinno postępować z nowo zakupionymi książkami, jak je prawidłowo pierwszy raz otwierać, żeby później się w rękach nie rozlatywały (dotyczy to książek klejonych, które są takim moim małym prywatnym koszmarkiem jak je widzę rozlatujące się po kilku użyciach, a jakie mogę spotkać na półkach mojej Filii, w domu wobec swojego księgozbioru nie dopuszczam się takiego barbarzyństwa, ale książki biblioteczne jak wiadomo nie mają lekkiego życia, szczególnie przy czytelnikach maniakalnie zbyt mocno rozginających strony książek, a jeśli to nie bezpośrednia wina czytelnika to wydawcy, który pozwolił na sklejanie kiepskim klejem albo zbyt grubych na takie wyczyny książek).

Nigdy się do tego typu instrukcji nie stosowałam i książki na półkach mimo to żyją szczęśliwie, ale warto umieścić tutaj taką "ciekawostkę przyrodniczą"












wtorek, 11 marca 2014

A jak na zachodzie?

Na zachodzie bez zmian pana Ericha Marii Remarque - klasyka, coś co oczytany człowiek chyba jednak powinien w swoim życiu przeczytać, więc przeczytałam i ja.

Co mi świtało przed sięgnięciem po książkę? że coś o wojnie, a to już coś wiedzieć chociaż oględnie o czym ma się czytać...

Ale która to wojna? Która strona konfliktu opisywana?

Zdradzę - I wojna światowa (czyli siedzimy sobie w mało komfortowych okopach, czasami się z nich wychylamy postrzelać do nierozważnie wystających ponad barykadę hełmów wrogich wojaków, oczywiście nie zapominamy o obrzuceniu okopów przeciwnej strony iperytem czy innym gazem bojowym).

A strona konfliktu... no widzimy to z perspektywy Niemców i to tak, że nawet zaczynamy ich uważać za ludzi, ba, miałoby się nawet lekką ochotę im pokibicować w tej wojnie (a zakończenie przecież wiadome, zaskoczyć nie może, człowiek coś tam trochę tej historii XX wieku nawet liznął), ale "na szczęście" przychodzi opamiętanie... wróg to wróg?

Może macie inne zdanie o tej książce, albo pragniecie je sobie dopiero wyrobić? Polecam serdecznie







środa, 5 marca 2014

Historia Souad


Książka jest jedną z nowości właśnie wyłożonych na skrzynkę katalogu w mojej Filii (ładne miejsce, idealnie nadające się do tego typu przedsięwzięcia, co wykorzystuje też skrzętnie każda kolejna tutejsza bibliotekarka, w tym także ja).

Powoli mija już chyba moda na czytanie i wydawanie książek, bardziej może historii na faktach, opowiadających o życiu w krajach arabskich. Przynajmniej na półkach księgarskich coraz mniej tego typu literatury zauważam.

Spalona żywcem, historia ciężkiego i niewesołego życia Souad w jednej z zapyziałych arabskich wiosek, jest... poruszająca, to chyba będzie to słowo.

Ale nie tyko to. Po lekturze tej książki przekonałam się jak bardzo punkt widzenia zależy od punktu siedzenia i że jeżeli wejdziesz między wrony to musisz krakać tak jak one.



A sam życiorys byłej wieśniaczki-analfabetki z dziury najprawdopodobniej gdzieś w Cisjordanii? 

Serdecznie zapraszam do lektury chętnych go poznać.








niedziela, 2 marca 2014

Okiem niemieckiego Żyda na Holocaust

Co prawda Wrocław, ten dawny gród piastowski powrócił na łono Matki Polski, ale w opisywanych w Dżumie w mieście Breslau czasach było to miasto na wskroś niemieckie - w końcu jedno z prężnie rozwijających się miast Rzeszy III Niemieckiej.

Książka nie wygląda ani ciekawie ani "apetycznie" tak na pierwszy rzut oka. Zaintrygował mnie w niej tytuł, gdy po zlokalizowaniu jej na półce musiałam wpisać ją do tworzonego w mojej Filii OPAC-a.

Jakby nie było, gdy pokonałam pierwszy wstręt do strony edytorskiej i zajrzałam czego dzieło owo dotyczy, postanowiłam przeczytać.

W końcu nie co dzień trafia się na część opracowanych i wydanych dzienników niemieckiego Żyda z czasów dojścia i faktycznych rządów Hitlera u naszych sąsiadów, także lektura ta była dla mnie niebywale ciekawa.

W książce zostało właściwie opisane wszystko - od pierwszych dyskryminacji, przez wybijanie szyb, uwłaczając zarządzenia, po wywózki do lagrów na terenie Rzeszy i nie tylko, nastroje ludności niemieckiej, nastawienie społeczeństwa, które wcale nie było tak nieświadome, jak się to teraz wszystkim wokół wmawia oraz reakcje środowisk międzynarodowych na początek dramatu, który później pozbawił życia miliony istnień ludzkich.

Co dokładnie zaobserwował i zapisał w swoich dziennikach Walter Tausk? Serdecznie zapraszam do wyszperania tej książki w jakimś zapomnianym, ciemnym kącie biblioteki ;)






wtorek, 25 lutego 2014

Wstęp do przemyśleń co lepsze - książka czy czytnik


Od jakiegoś czasu (nawet trochę dłuższego) obserwuję co "w Internetach piszczy" na temat wojny zwolenników książki tradycyjnej z tymi od czytników.




Oto i przykład memowej przepychanki na temat.

Co ja sama o tym myślę? Jeszcze tutaj usłyszycie ;)






poniedziałek, 24 lutego 2014

Boże igrzysko, bo czemu nie?

Pan Norman Davies jest uznanym historykiem, światowej klasy, ba, można powiedzieć, że nawet autorytetem samym w sobie, jeśli mówimy o historii Polski.

Boże igrzysko - coś co zawsze chciałam przeczytać, ale do tej pory nie udało mi się dorwać książki na dłużej w swoje ręce, niż wtedy, gdy oglądałam ją w księgarni (a zwykle złośliwie wtedy się trafiała, kiedy akurat w moim funduszu książkowym panował deficyt).

Tomisko trzeba przyznać, że opasłe okrutnie (ma lekko z tysiąc stroniczek, a może i troszeczkę ponad to), ale to wiedza w końcu, a nie oszukujmy się - wiedza waży ;)

Ciekawie byłoby zapoznać się z historią Polski widzianą przez kogoś z zewnątrz, kto nie wychowywał się i nie dorastał (a może odwrotnie - nie dorastał i nie wychowywał się?) w naszym cudnym grajdołku, kto potrafi spojrzeć na ludzi i sprawy z dystansem, jakiego czasami brak nam samym, gdy chodzi o naszą historię.






Źródło ilustracji: http://ecsmedia.pl/c/boze-igrzysko-historia-polski-p-iext8609615.jpg