Przeglądając Internet trafiłam dziś na tekst pana Roberta Drózda (Drozda?, nie wiem jak powinnam odmienić poprawnie nazwisko):
Ustawa o stałej cenie na książki – za kilka lat obejmie także e-booki!
Całość tekstu: http://swiatczytnikow.pl/ustawa-o-stalej-cenie-na-ksiazki-za-kilka-lat-obejmie-takze-e-booki/
Temat właściwie nie nowy, powraca co jakiś czas - taki trochę odgrzewany kotlet. Szczególnie przy okazji ważnych dla książki wydarzeń, teraz na przykład z intencji warszawskich targów książki (na które po raz kolejny nie udało mi się wybrać, chociaż od jakichś dwóch czy trzech lat sobie obiecuję, że się na nich pojawię).
Mnie, jako nałogowego czytelnika i osobę starającą się regularnie robić zakupy w księgarniach, kwestia cen książek żywo interesuje.
To że one [ceny] regularnie rosną, szczególnie po wprowadzeniu VAT-u, przyjemne szczególnie nie jest, ale dochodzą do tego jeszcze inflacja i inne takie rzeczy - trzeba to jakoś przeboleć, zamiast trzech książek kupię dwie i też jest dobrze (jakby nie było to z czytania nie zrezygnuję), a jak sobie nie kupię (z powodu deficytu w funduszu książkowym), to zawsze mam biblioteki.
Główną ideą wprowadzenia stałej ceny ma być fakt "lecącego na łeb na szyję" poziomu czytelnictwa Polaków. Tylko tak na prawdę kto ma czytać, chce czytać, lubi czytać to czyta. Bo sobie książkę kupi, pożyczy od znajomego, pójdzie po nią do biblioteki... Więc jaki problem (chyba że mówimy o lobby wydawniczym dla którego to ból, że książkę się pożyczy bądź wypożyczy, bo wtedy zamiast przykładowo dziesięć osób kupić dziesięć egzemplarzy i je przeczytać, to w dziesiątkę skorzystają z jednego - fakt to tragedia, to może lepiej zakażmy pożyczania sobie nawzajem książek i pozamykajmy biblioteki dla dobra powszechnego)? Zajmijcie się tym, żeby ludzi nie zniechęcać już od najmłodszych lat do czytania, albo może się nie zajmujcie, bo to wygląda coraz gorzej.
Dalej - traktowanie książki jak towaru. Książka to towar, tak samo jak płyta z muzyką na przykład. Fakt, zawartość może (i powinna) mieć znaczenie kulturotwórcze, ale nadal jest to przedmiot, za który trzeba zapłacić. A przy takich cenach jakie są to książka musi mieć na prawdę bardzo dobrą zawartość, żebym kupiła ją za cenę okładkową, nie czekając na obniżkę. W biblioteki też to poważnie uderzy, wracając do myśli o wypożyczaniu z tego typu instytucji, ponieważ one też korzystają jak tylko mogą ze źródeł tańszej książki z wiadomych powodów polskich realiów, więc skoro ani samemu, ani z biblioteki, to skąd?
A wychodząc poza aspekty książkowo-kulturowe, jest to próba dużej ingerencji w rynek. Gdzie tu miejsce dla konkurencyjności? Mamy wrócić do gospodarki centralnie sterowanej, może jeszcze wprowadźmy reglamentację towaru? Jak kupuję buty to też moja decyzja za ile i u kogo je kupię, więc dlaczego w przypadku książek ma być inaczej?
Dla mnie wprowadzenie stałej ceny to zabójstwo dla rynku książki i czytelnictwa, bo nie stać mnie zwyczajnie będzie na zakup wszystkich książek, które bym chciała w danym roku, ponieważ stała cena będzie - nie oszukujmy się - wysoka, bo o to chodzi wielkim wydawcom, obojętnie czy mowa o kodeksie, czy pliku, albo nagraniu, w tym nie ma troski o małe księgarnie, które tak na prawdę przystosowały się do realiów rynku i sobie całkiem nieźle radzą w sąsiedztwie sieciówek księgarniowych oraz półek z literaturą wszelką w marketach. Za to może nauczy mnie cierpliwości - żeby odczekać owe 18 miesięcy i kupić książkę w bardziej akceptowalnej cenie. Odcięcie ludziom w ten sposób dostępu do nowości zabije czytelnictwo w Polsce, jedyną "zasługą" będzie chyba wzmożone zainteresowanie pirackimi plikami książek krążącymi w Internecie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz