Ten tekst musiał dojrzeć, dlatego też mała przerwa w publikacji czegokolwiek. Było trochę do przemyślenia, myśl nabierała powoli kształtu.
Chciałabym się podzielić swoimi spostrzeżeniami na temat "naszej generacji", czy może mojej generacji - dwudziestoparolatków.
Nie wiem jak nas określić - naiwni? głupi? na pewno oszukani, rozgoryczeni, coraz bardziej sfrustrowani...
To smutne, prawda?
Dla mnie bardzo, dobija mnie rzeczywistość, w której żyjemy. Młodzi ludzie, którzy pełną gębą powinni wchodzić w dorosłość, snuć plany większe i mniejsze i je z różnym powodzeniem realizować kończący na garnuszku rodziców, bo dorosłość jest luksusem, jest droga. Zastanawianie się nad ewentualnym wyjazdem za granicę (na co zdecydowało się sporo rówieśników, osób które znam, które za granicą osiągają to, na co w Polsce tyraliby do emerytury - czyli do świętego nigdy, bo nie wierzę, że dostanę tą lichą marchewkę z końca długaśnego kija). Zastanawianie się nad tym, czy założyć rodzinę. Za co tą rodzinę utrzymać, bo skoro nie stać mnie na samodzielną egzystencję, to po co powoływać do życia kolejne istnienie, małą osóbkę, całkowicie zależną ode mnie?
Jestem bezsilna, powoli zrezygnowana.
Całe lata wmawiano mnie, wmawiano nam wszystkim uparcie na każdym etapie edukacji, że nauka to potęga, że jak pójdę na studia to osiągnę sukces na rynku pracy. Że jak się nie będę uczyć to skończę "rowy kopiąc", ale to właśnie, o ironio, operator koparki zarabia więcej niż osoba z dyplomem uczelni wyższej!
To na co była mi ta cała nauka? Wszystkie moje starania? Żyję w kraju, gdzie więcej magistrów w moim pokoleniu jak rzemieślników, chociaż to tych ostatnich więcej potrzeba. To nie, lepiej było wypychać nas masowo na studia, tworząc do tego celu coraz więcej nikomu w zasadzie nie potrzebnych kierunków, dając nic nie znaczące papiery, zamiast solidnych podstaw do dalszego, samodzielnego życia.
Nie mamy nic, jest kiepsko i jest wielkie zdziwienie i larum. Bo wyjeżdżają masowo, bo tutaj jak zostają to nie mają dzieci, bo kto na emerytury będzie pracował? A o tym to należało myśleć parę lat wcześniej, a nie teraz drzeć szaty i nic poza tym, bo czy coś się zmienia na lepsze?
No może nie nic. Logiczne, że w kraju, gdzie wysokie bezrobocie należy podnieść wiek emerytalny, żeby dłużej zajmować etaty oraz posyłać dzieci rok prędzej do szkoły, żeby rok szybciej szły na bezrobocie, chyba że rodzice z nimi wyjadą za chlebem, albo one same, kolejne zniechęcone pokolenie...



