środa, 27 listopada 2013

Nowy wspaniały świat

Książkę o tym tytule popełnił pan Aldous Huxley (fascynujące imię swoją drogą).

Jaki więc ma być ten nowy, wspaniały świat (zakładam że to świat z jakiejś mniej lub bardziej odległej przyszłości)?

Spójrzmy co można znaleźć na ten temat chociażby na stronie któregoś z szacownych wydawnictw (w tym przypadku posiłkuję się twórczością znalezioną na stronie wydawnictwa Muza), nie ma to jak krótka, a treściwa i starająca się zachęcić do kupna notka:

Nowy wspaniały świat to jedna z najsłynniejszych antyutopii w literaturze XX wieku. Przedstawiona w powieści Huxleya wizja przyszłego społeczeństwa, które osiągnęło stan całkowitego zorganizowania i zrealizowało ideał powszechnej szczęśliwości, jest wizją przerażającą. 

Z tym, że książka jest słynna można by się poniekąd zgodzić. Znaczy, ja o niej usłyszałam jakiś czas temu, po przeczytaniu dzieł pana Orwella (ale o tym to może innym razem, tym książkom należą się jednak osobne wpisy od aktualnego), to co zostało opisane w Nowym wspaniałym świecie to ponoć przeciwstawna wersja świata (zamiast wszechobecnego terroru i inwigilacji zasyp bzdurami, doprowadzenie do zidiocenia(?)), która w ostatecznie sprowadza się do tych samych skutków.

Czy tak faktycznie jest? Czy może w tej książce zastanę wizję tego co dzieje się już teraz?

Mam nadzieję, że uda mi się niedługo dorwać tą książkę i się o tym przekonać. 

Może Ktoś ma już lekturę tej powieści za sobą?







poniedziałek, 25 listopada 2013

Królowa Południa

Czyli w skrócie mówiąc od zera do "bohatera". 

Dlaczego bohatera w cudzysłowie? Ponieważ kariera w brutalnym świecie karteli narkotykowych wg mnie nie jest zbyt chlubna. 

Ale nie czas i miejsce to na roztrząsanie co jest, a co nie jest chlubne (chociaż może powinnam), to zostawiam już do głębszego osądu każdemu z osobna, nie będę prawiła tu komunałów jakie to narkotyki są złe (bo są, ale z drugiej strony to każdy swój rozum ma i jeśli chce się truć to proszę bardzo, droga wolna, tylko miej człowieku świadomość w co się pakujesz i nie pociągaj na dno wszystkich wokół za sobą - nazwijmy to mechanizmem selekcji naturalnej), ani że ludzie przyczyniający się w jakikolwiek sposób do ich dystrybucji tylko, są godni największego kotła w najczarniejszym zakątku piekła. 

Mnie interesuje i interesowała sama historia. Została ona spisana przez jednego z moich ulubionych pisarzy, pana Arturo Perez-Reverte.

Sama w sobie książka jest całkiem ciekawa i wciągająca. Nie jest to typowa powieść. Jest to tekst w formie reportażu, odtwarzający (z różnych punktów widzenia i przez różne osoby, w ramach śledztwa dziennikarskiego) dzieje Teresy Mendozy, która z dziewczyny przemytnika stała się największą organizatorką transportów narkotyków.

Jeśli Kogoś interesuje jak do tego doszło, jak się potoczyły losy głównej bohaterki do wystrzałowego końca - serdecznie polecam. Książki tego autora można czytać w ciemno ;)




Źródło ilustracji: http://ecsmedia.pl/c/krolowa-poludnia-p-iext8616788.jpg

czwartek, 21 listopada 2013

Pozostając w świecie krucjat

Ostatni tekst był o mało znanej, ale wybitnie krwawej krucjacie europejskiej. Nie jedynej tak na marginesie, ale dziś nie o tym.

Dziś chciałabym napisać o książkach, które opowiadają co nieco o najbardziej znanych wydarzeniach krucjatowych, mianowicie, walkach o i w Ziemi Świętej.

Serię Wyprawy krzyżowe, przystępnie napisanych na ten temat książek, wypuściło na rynek książkowy wydawnictwo Bellona (pewnie kilka innych wydawnictw też, ale akurat to chyba najbardziej słynie z tego typu publikacji), a same teksty popełnił pan Andrzej Michałek.

O samym panu jako twórcy tekstów słyszałam różne opinie (w tym takie nie do końca pochlebne, zarzucające min. brak bibliografii w książkach), jednak ta seria wydaje mi się napisana całkiem rzetelnie (bibliografie są, sprawdzałam, znajdują się także dodatkowe objaśnienia w miejscach mogących wywoływać spory).

Jeśli Kogoś interesuje tematyka walk chrześcijan o Grób Pański i Jerozolimę (widziana z różnej perspektywy),to ta seria, jako wysondowanie tematu idealnie się o tego nadaje. Także dla nieco starszych dzieci - język jest prosty, a całość okraszona barwnymi ilustracjami poglądowymi. Jedyne co trochę przeszkadza to rozmiar - książki są całkiem spore, ale to można przeboleć na rzecz dobrej zawartości ;)

Sama nie przeczytałam całej serii, udało mi się dorwać do trzech tomów, może w przyszłości "zapoluję" na pozostałe.









Źródło ilustracji:

wtorek, 19 listopada 2013

Pierwsze ludobójstwo

Zaznaczając na wstępie, ten wpis wcale nie będzie o holocauście czasów II wojny światowej, ponieważ pierwsze ludobójstwo miało miejsce parę setek pat wcześniej. Zadziwiające, prawda?

Przed Hitlerem pierwsi byli... zgadliście - chrześcijanie, i to uwaga, już na początku XIII wieku (!), z papieskim błogosławieństwem Innocentego III.

O Albigensach mało kto słyszał, prawda? Może troszkę się rozniosło za sprawą burzy wywołanej powieściami pana Dana Browna (patrz - Kod Leonarda da Vinci), ale dziś oddzielny fikcję literacką, kuszącą magię niedopowiedzeń i ćwierć prawd od stanu faktycznego.

A ten został przedstawiony w całkiem ludzki jak na opracowania historyczne sposób w książce Najświętsza Wojna pana Marka Gregory'ego Pegg.

Przedstawia on losy ziem południowej Francji zamieszkałych przed ponad ćwierćwieczną krucjatą, głownie pod przewodnictwem Szymona z Montfort, przez heretyckich katarów (czy jak kto woli albigensów, katolicka typologia heretyków w tym miejscu nie jest zbyt jasna, ale o tym więcej w tekście opracowania). Kim byli ci ludzie? Czym oni narazili się papiestwu (duchowemu przewodnikowi i przywódcy krucjaty) i rycerstwu północnej Francji (zbrojnemu ramieniu tego zbożnego dzieła)? 

Odsyłam z prawdziwą przyjemnością do kart książki.





poniedziałek, 18 listopada 2013

Strach się bać

Od razu zastrzegam, książka dla ludzi o mocnych nerwach, lubiących pobać się nad książką.

Książka wyglądająca dość niepozornie. Zalegała na wystawce nowości w mojej filii, więc postanowiłam się zapoznać z treścią, aby wiedzieć czy warto czy nie warto polecić czytelnikom. 

Okładka nie ocieka krwią. Sam opis także dość "niepozorny".

Ale zawartość... Pan Maxime Chattam "ostro pojechał po bandzie". Teoria Gai to nie słodka bajka na dobranoc.

Po intrygującym początku (zaproszeniu trójki naukowców do pracy w unijnej tajnej komisji badającej przekręty jednego z jej martwych prominentów), prowadzone dwutorowo śledztwo przybiera zaskakujący i morderczy obrót, chociaż mniej morderczy przez większość tekstu dla socjologa i genetyka w europejskim laboratorium, za to pani antropolog serdecznie współczujemy wyspy pełnej najgorszych światowych seryjnych morderców grasujących na wolności, na której musi walczyć o przetrwanie.

Ale co i komu dokładnie się działo? Odsyłam do samego tekstu. Ostrzegam tylko raz jeszcze, książka momentami bardzo brutalna (z obdzieraniem ze skóry włącznie), także Osoby Wrażliwe proszone są o czytanie tego w środku jasnego dnia, najlepiej w miejscu publicznym.

Książka nieco grubsza niż na propagandowej ilustracji, ale jeśli ktoś gustuje w ciężkiej literaturze, to serdecznie polecam.






Źródło ilustracji: http://www.soniadraga.pl/produkt/331/teoria-gai.html

środa, 13 listopada 2013

Zajrzeć za zasłonę

Po kolejnych drobnych perturbacjach, przy których nie złożyło mi się czasowo na napisanie kolejnego posta, dziś mogę spokojnie siąść i popracować nad kolejnym tekstem.


Chciałabym się tym razem podzielić swoimi wrażeniami na temat książki pana Ebena Alexandra Dowód. Prawdziwa historia neurochirurga, który przekroczył granicę śmierci i odkrył niebo.

Świadectwa osób, które przeżyły zjawisko zwane popularnie śmierć kliniczna, stały się ostatnimi czasy dość popularne. Ja osobiście po raz pierwszy sięgnęłam po tego typu literaturę. Ciężko to oceniać w kryteriach prawdy-fałszu (fałszu w znaczeniu bujnej wyobraźni autora, jak to ma miejsce np. w powieściach), jest to właściwie niemożliwe, tego nie da się zweryfikować, póki samemu się czegoś takiego nie przeżyje, czego oczywiście nikomu nie życzę.

Nie oceniajmy, może raczej skupmy się na przesłaniu, opisanym obrazie. To, co wyziera z kart książki już od samego początku (i to nie tylko podkreślane słowami samego autora), to to, że tych przeżyć nie da się precyzyjnie przełożyć na język i kategorie ludzkiego myślenia. I to może jest w tym wszystkim piękne - niepojętność i pojemność odczuć, poczucie zjednoczenia z Omem, z wszechświatem, wszechobecnej miłości i akceptacji. Wiem, brzmi to górnolotnie, ale czy nie po to ludzie stworzyli sobie setki religii na całym świecie, by poczuć obecność Istoty Wyższej nad nimi?

Ten opis nie jest wyidealizowany, wbity w patos, czy sięgający po mistykę. Jest to zwięzła, uporządkowana relacja człowieka, który przeżył coś wyjątkowego, chce się tym podzielić i nie liczy na zrobienie z tego taniej sensacji, nie chce zakładać nowej religii. Jeśli uwierzysz, to dobrze, o to chodziło, a jeśli nie, to szkoda, ale łopatą Ci tego do głowy nie wbiję.

Ja chyba do końca nie uwierzyłam, chociaż w głębi duszy czuję że "coś w tym może być na rzeczy". Za to z czystym sumieniem mogę polecić tą książkę, jeśli Ktoś tematem się interesuje, albo chciałby z czystej ciekawości sięgnąć po relację tego typu.

Miłej lektury ;)





czwartek, 7 listopada 2013

Pani, bo biblioteki to są niepotrzebne

Taką oto piękną tezę przestawił mi dziś jeden z klientów mojej biblioteki (nie powiem czytelnik, ponieważ osobnik te przybył skorzystać z jednostki komputerowej, która jest udostępniana na potrzeby odwiedzających mój przybytek, a głównie dlatego, że to ktoś, kto nie czyta i ba, szczyci się tym, ale o tym dalej). Słysząc to postanowiłam się dowiedzieć dlaczegóż to biblioteki są niepotrzebne, a zamiast tego cała powierzchnia powinna być zastawiona stanowiskami komputerowymi (chociaż już mnie korciło zwrócić uwagę, że w takim razie to może lepiej kafejka internetowa, skoro widok książek jest taki ciężki do zniesienia). Oto co usłyszałam. O dziwo, nie to że książki są głupie (chociaż mój adwersarz był bliski użycia i tego ostatecznego argumentu, gdybym sprawę drążyła chwilę dłużej). Główne przesłanie dotyczyło tego, że po co biblioteka skoro wszystko można znaleźć w Internecie?

Czy jest tak na prawdę?

Zgodzę się, że w Internecie można w tej chwili znaleźć WIELE (przy umiejętnym szukaniu, gdy wiemy o co zapytać i gdzie, a tego nie powiedziałabym o osobie, która ma problem z wyszukiwaniem ilustracji w Googlach, robiąc to przez Internet zamiast grafikę...), ale nadal NIE jest to WSZYSTKO. Nadal pozostają rzeczy, nawet całkiem sporo, które są dostępne tylko w formie papierowej, jak starsza beletrystyka, rozprawy naukowe, czy inne tego typu materiały zajmujące biblioteczne półki, a których z tych czy innych względów nikt nie będzie na razie digitalizował w żaden sposób, ze względu na ich niewielką wartość, czy też problem praw autorskich. 

Kolejna sprawa, co jak Internet nagle padnie? Brak prądu, kłopoty z łączem, no cokolwiek? Książka papierowa jest od tego niezależna, biblioteki są otwarte w swoich "godzinach urzędowania", więc można iść i z nich skorzystać.

Ponadto, plik łatwo skasować (wiem, wiem, istnieją kopie zapasowe, systemy zabezpieczeń, itd.), ale czy do tego nie może dojść? Pomyłka człowieka w czasie prac na bazie, czy atak hakerów i leżymy. A jeśli wszystko byłoby tylko w formie zdigitalizowanej? Tracimy to bezpowrotnie. Mimo wszystko prędzej można storpedować repozytorium, niż zniszczyć fizycznie istniejący zbiór.

I to co dla mnie też ważne - biblioteka to nie tylko książki. Biblioteka to w takim samym stopniu, jak nie bardziej, ludzie. Tak, ludzie. Dziwne? Wcale. Biblioteka jest dla czytelników, bez nich by nie istniała. To taka specyficzna społeczność skupiona wokół budynku z książkami, mówiąc w uproszczeniu. Do biblioteki ludzie przychodzą nie tylko po książki (złośliwi zgodzą się, dodając, że także skorzystać z komputera - to też się zgadza), ale to też okazja do rozmowy. O książkach, sprawach życiowych. Kontakt z drugim człowiekiem chyba też jest ważny prawda?

Tym socjalizacyjnym wnioskiem zakończyłabym zanudzanie zbulwersowanej i lekko sfrustrowanej bibliotekarki.

Odwiedzajcie biblioteki, póki są ;)

środa, 6 listopada 2013

Wielki powrót (?)

Miejmy nadzieję, a przynajmniej ja taką mam. O Wiedźminie nikt całe lata nie słyszał, jeśli nie liczyć koszmarkowatego serialu na podstawie powieści niedługo po wydaniu bodaj ostatniej książki cyklu (niech ktoś mówi co chce, ale ekranizacja została według mnie skopana po całości) oraz słynnej na cały świat serii gier z postacią Geralta z Rivii (akurat z tego można być dumnym, ekipa CD Projektu odwaliła kawał solidnej roboty, dla Zainteresowanych stronka gry: http://pl.thewitcher.com/), a tu proszę - właśnie przebojem na półki księgarskie wkracza Sezon burz pana Andrzeja Sapkowskiego.

O czym to ma być?

Czytając opis już można się pocieszyć że to nie żadna kontynuacja (czyli hurrra, żaden odgrzewany kotlet), a osobna powieść osadzona w wiedźmińskim universum, z postaciami znanymi z wcześniejszych historii  (oraz kilkoma nowymi oczywiście) - za to już na wejście ogromny plus, a co więcej? W tym miejscu pozwolę sobie na lenistwo zacytowania ;)

„Sezon burz” nie opowiada bowiem o młodzieńczych latach białowłosego zabójcy potworów ani o jego losach po śmierci/nieśmierci kończącej ostatni tom sagi. 
„Nigdy nie mów nigdy!” W powieści pojawiają się osoby doskonale czytelnikom znane, jak wierny druh Geralta – bard i poeta Jaskier – oraz jego ukochana, zwodnicza czarodziejka Yennefer, ale na scenę wkraczają też dosłownie i w przenośni postaci z zupełnie innych bajek. Ludzie, nieludzie i magiczną sztuką wyhodowane bestie. Opowieść zaczyna się wedle reguł gatunku: od trzęsienia ziemi, a potem napięcie rośnie. Wiedźmin stacza morderczą walkę z drapieżnikiem, który żyje tylko po to, żeby zabijać, wdaje się w bójkę z rosłymi, niezbyt sympatycznymi strażniczkami miejskimi, staje przed sądem, traci swe słynne miecze i przeżywa burzliwy romans z rudowłosą pięknością, zwaną Koral. A w tle toczą się królewskie i czarodziejskie intrygi. Pobrzmiewają pioruny i szaleją burze.

Coś mi się ciężko wydaje, że skromny budżet na książki w tym miesiącu ulegnie powiększeniu... Do zobaczenia więc w księgarni ;)






Źródło ilustracji i tekstu: http://www.supernowa.pl/ksiazki.php?p=272

wtorek, 5 listopada 2013

Inferno Dana Browna

Jako wierna czytelniczka pana Dana Browna z radością znalazłam jakiś czas temu wiadomość o kolejnej powieści, która niebawem miała się pojawić na sklepowych półkach (zadziwiło mnie tylko, że zanim planowana była polska premiera książki, za granicą trwały już przymiarki do ekranizacji powieści - oby tylko była ona lepsza od poprzednich, moim zdaniem totalnie nie udanych, prób przeniesienia fikcyjnego świata książek pana Browna na srebrny a potem szklany ekran).

Inferno - tytuł nie powiem, intrygujący. Okładka jak dla mnie ładna ;) (wiem, że nie ocenia się książki po okładce, sama o to napominałam, ale jak książka ładnie wygląda z zewnątrz nie czuję się tym urażona).

Ale co w środku? Z czym się to "piekiełko" je?

Popatrzmy co zdradza opis sporządzony przez wydawcę:

Światowej sławy specjalista od symboli, Robert Langdon budzi się na szpitalnym łóżku w zupełnie obcym miejscu. Nie pamięta, jak i dlaczego znalazł się w szpitalu. Nie potrafi też wyjaśnić, w jaki sposób wszedł w posiadanie tajemniczego przedmiotu, który znajduje we własnej marynarce. Czasu na rozmyślania nie ma niestety zbyt wiele. Ledwie na dobre odzyskuje przytomność, ktoś próbuje go zabić. W towarzystwie młodej lekarki Sienny Brooks Langdon opuszcza w pośpiechu szpital. Ścigany przez nieznanych wrogów przemierza uliczki Florencji, próbując odkryć powody niespodziewanego pościgu. Podąża śladem tajemniczych wskazówek ukrytych w słynnym poemacie Dantego… Czy jego wiedza o tajemnych sekretach, które skrywa historyczna fasada miasta wystarczy, by umknąć nieznanym oprawcom? Czy zdoła rozszyfrować zagadkę i uratować świat przed śmiertelnym zagrożeniem?

Trochę może to i schematyczne, co nie znaczy, że nie ma prawa wciągnąć na kilka godzin.

Hmmmm.... kiedy by tu do księgarni? ;)






Źródło ilustracji i zamieszczonego opisu: http://www.soniadraga.pl/produkt/794/thriller-i-sensacja-inferno.html

poniedziałek, 4 listopada 2013

Akcje proczytelnicze

Czy coś w stosunku do czegoś mam mieszane uczucia. Idea sama w sobie szczytna, temu nie zaprzeczę, szczerze popieram - zachęcić ludzi do czytania książek.

Tylko czy akcje właśnie w takim kształcie jak teraz kogoś zachęcają?

One są tworzone przez aktywistów, zapaleńców (chwała Wam Ludki że jesteście) dla ludzi, którzy także chcą się pokazać, pobawić, coś zrobić, zamanifestować - czyli dla również aktywnych. Nie jestem w stanie stwierdzić ilu nie-czytających pojawia się na spotkaniach proczytelniczych (jeśli w ogóle). Tego typu zdarzenia traktowałabym raczej jako "utwardzanie gruntu czytelniczego", a nie jako coś co ma wymierną siłę wpłynąć na osobę, która do tej pory była oporna w dziedzinie czytania książek.

Skoro tak się wymądrzam, to może wiem jak nakłonić do czytania?

Niestety jestem od tego daleka, nawet bardzo. Po prostu wychodzę z założenia, że... jeśli ktoś sam czegoś nie chce, to się go do tego nie zmusi. Można mu pokazywać że można, że to fajne (tu ukłon w stronę szeroko pojętych działań Aktywistów) i tyle. Warto pokazywać często, im wcześniej tym lepiej, bo czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąca. To chyba moja jedyna recepta - czytelnika to trzeba starać się wychować ;)

piątek, 1 listopada 2013

Gra o Władzę

Trzymając się wczorajszej tematyki historycznej, z intrygami dworskimi nie w tle, a na pierwszym planie, postanowiłam napisać dziś o kolejnej książce utrzymanej w tej konwencji.

Tym razem sięgnę niejako do "rodzimego ogródka", ponieważ autorka jest Polką (chociaż mieszkającą i publikującą za granicą).

Pani Ewa Stachniak (dla Zainteresowanych strona www: http://ewastachniak.com/) popełniła powieść pt. Katarzyna Wielka : Gra o władzę

Tytułowa Katarzyna to caryca rosyjska, druga panująca tego imienia, a książka opisuje jej dojście do władzy (czyli od momentu przyjazdu młodej dziewczyny, księżniczki anhalckiej Zofii Fryderyki Augusty, na niegościnny rosyjski dwór) oraz kilka lat rządów już jako prawosławnej carycy (ze względu na to, że planowana jest kontynuacja książki nie opisano całości jej panowania).

Książka napisana przyjemnie (jest to autoryzowany przekład - dlaczego tak odsyłam do strony autorki;)), z ciekawej perspektywy, gdyż narratorka jest czynną uczestniczką wydarzeń, konspiratorką ;)

Jeśli Kogoś interesuje knucie na dworach Europy Wschodniej, zahaczające o sprawy polskie, to koniecznie należy sięgnąć po tą pozycję.