piątek, 25 kwietnia 2014

O książkach zakazanych


Owoc zakazany, jak powszechnie wiadomo, smakuje najlepiej. Nawet jeśli tym owocem jest książka. A może wtedy szczególnie?

W człowieku tkwi taka przekora, prawda? Im bardziej się czegoś zabrania, tym bardziej się tego pragnie. To bardzo ciekawe.

A dziś przeglądając Internet natrafiłam na bardzo ciekawą pozycję. 

W oczy wręcz mi się rzuciła Krótka historia książek zakazanych pana Wernera Fulda.

Książek jakby nie było to na przestrzeni dziejów ubierało się w różnych indeksach ksiąg zakazanych czy innych czarnych listach z dopiskiem "nie dotykać".

Ale jakie tytuły? Dlaczego te konkretne, a nie coś innego? Co było w tych książkach takiego, że wymagało według pewnych "sił wyższych" co najmniej zamknięcia dzieł pod kluczem jeśli już nie fizycznej eksterminacji?

Fascynujące - prawda?









środa, 23 kwietnia 2014

Czy mamy co świętować?

23 kwietnia to według dostępnych informacji medialnych Światowy dzień książki.

Tylko czy My - Polacy - mamy co w takim dniu świętować?

Patrząc na to chłodnym okiem to poziom czytelnictwa zatrważająco niski w pięknym nadwiślańskim kraju (tendencja spadkowa dzielnie utrzymuje się od lat). 

Wszystko ogranicza się do biadolenia na ten temat (ja tutaj też biadolę tak po prawdzie, ale jak pracowałam to starłam się zachęcić do książek i pokazać, że biblioteka nie gryzie, nawet to dawało efekty). Samej książki zaś jako takiej się nie promuje, w szkole zniechęca jak tylko można dzieciaki do czytania - będę obstawała przy swoim że spisy lektur to gwóźdź do trumny czytelnictwa. Akcje proczytelnicze też nie do końca sobie radzą, to jak głos wołającego na puszczy, mały odzew, z reguły od osób, które i tak czytają. 

Dla książek wiele dobrego i to skutecznie zrobili chyba ostatnio tylko filmowcy. Zapytacie: jak? dlaczego? skąd ci się to kobieto ubzdurało? A bardzo prosto. Ile ostatnio powstało ekranizacji? Ile z nich odniosło nawet sukces kasowy, czy chociażby spory rozgłos? No właśnie. A sporo jest takich osób, które samo czytanie niby niet, ale jeśli dotrze do nich informacja że ten fajny film to na podstawie książki to po tą książkę sięgają, później (jeśli książka się podoba, a najczęściej tak jest), to szukają innych tytułów tego samego autora, czasami miłość do książek zostaje i idą już po kolejne dzieła.

Czyli książkom ostatnimi czasy pomaga pięknie srebrny i szklany ekran. Jestem jak najbardziej za :)







czwartek, 17 kwietnia 2014

***

Dziś muszę niestety "wygwiazdkować" tytuł. Totalnie nie wiem jak nazwać to, czym dzisiaj chcę się podzielić, jakiś zanik kreatywności czy coś.

Po kiepskiej pogodzie ostatniego tygodnia nareszcie za oknem ciepło, słoneczko i z rzadka widoczne puchate białe obłoczki - wymarzona wiosenna pogoda, taka najlepiej już na stałe, do tego Wielkanoc idzie. Powinnam się cieszyć, tryskać optymizmem, dorzucić tutaj coś w swoim mniemaniu inspirującego o książkach.

Tylko...

No to jakoś mi nie idzie, zbieram się na pisanie, a tu pustka, bo o czym mam pisać, gdy chwilowo nie mam głowy do książek? Do szukania nowości, do odkopywania w pamięci co to już ciekawego było i można tutaj tym się podzielić.

Nie lubię mówić o polityce, wylewać swoich żali, ale trochę mi tego za dużo.

Ciężko mi mieć głowę literatury tego szczególnie teraz. Tak, szczególnie teraz. Non stop trąbi się o Ukrainie, tam już prawie regularna wojna, a wszyscy wokół zastanawiają się nad dalszym grożeniem palcem Rosji i Putinowi, który jedyny w całej tej sytuacji ma jaja. Powiedzmy sobie szczerze, że na sankcjach gospodarczych w tym wydaniu cierpi rodzimy rynek, a nie rynek rosyjski. Zabrońcie IMPORTU do UE towarów rosyjskich, to ich zaboli, ale nie EKSPORTU na rynki rosyjskie, bo to karanie własnych przedsiębiorców, a obywatele rosyjscy tam i tak tego nie odczują od razu nie wiadomo jak - jak nie ma stąd to będzie z innego źródła. Róbcie tak dalej to może się okazać, że wschodnia część Polski też może niedługo zachce mówić po rosyjsku i w sklepach płacić rublami.

Nie to że jestem zwolennikiem wojny (wręcz przeciwnie, wolę święty spokój), nie mówię, żeby tam od razu z czołgami i zrównać wszystko z ziemią, chociaż tak z drugiej strony to nie ma już poza tym zbyt wielkiego pola manewru dla działań pokojowych. Czas takich rozwiązań moim zdaniem został przespany, trzeba było się wykazać stanowczością wtedy, zanim doszło do "plebiscytu" na Krymie, zanim zrobił się taki ukraiński kocioł, zamiast czekać co będzie. Wszyscy się naczekali i co z tego mamy?

Tak, wiem że mogę sobie tylko gadać, a dziś mam wielką ochotę sobie pogadać i ponarzekać.

I to nie tylko o Ukrainie, czarę goryczy tak samo przelewa działalność przedszkola na ulicy Wiejskiej miasta stołecznego Warszawa. Przedszkole, a nie Sejm, przy czym nie wiem czy nie obrażam przedszkolaków, bo mam wrażenie, że dzieci w tym wieku są bardziej rozgarnięte, niż ci ludzie, którzy zostali wybrani w wyborach. Może to takie miejsce wpływające na to, że poważni ludzie (za takich zawsze chciałam uważać polityków - przedstawicieli i reprezentantów Narodu) uwsteczniają się? Bo jak to nazwać? Ciągłe przepychanki i zamiast współpracy w czasach cięższych (wybitnie teraz) i lżejszych, to się przelicytowują, kto lepszy, ośmieszają i dyskredytują swoich przeciwników ideowych. To jest menażeria, cyrk, czy jeden z organów państwa, który powinien cieszyć się wyjątkową estymą społeczeństwa?

Mam serdecznie dość upolityczniania spraw, które nie są polityczne, a kryminalne powiedzmy (Smoleńsk, afera Amber Gold). Mam dosyć tego, że Rząd wprowadza i forsuje rzeczy, które wybitnie nie mają poparcia społecznego, na które nie ma warunków - 5latki w szkole. Ludzie, pracy nie ma, a Wy chcecie prędzej o rok wysyłać młodych ludzi na rynek pracy, na rynek, na którym trzeb pracować do 67 roku życia jak już ma się to szczęście że ma się pracę. Skoro osoby dojrzałe "okupują" stanowiska żeby doczekać się miernej emerytury to gdzie mają pracować coraz to nowe roczniki. Czy zwiększenie poziomu bezrobocia to jest to?

I jeszcze dziwi Was, że tylu młodych ludzi wyjeżdża za granicę. Że lepiej wyedukować się dobrego zawodu, opanować język i wyjechać. Prawdziwy szok, że ktoś chce założyć rodzinę i zapewnić tej rodzinie godny byt, a nie wegetację na poziomie najniższej krajowej. Wyliczania średniej krajowej nawet nie chce mi się komentować, bo to śmiech na sali.

To i kilka innych spraw, ale myślę, że już dość żółci publicznie wylałam.

Serdecznie dziękuję za uwagę.

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Złodziejka książek


Coś takiego sympatycznego widziałam najpierw gdzieś na wystawie księgarskiej (były to bodaj świeżynki, prosto z prasy drukarskiej), później obiło mi się o uszy, o filmie tak właśnie zatytułowanym. Film obejrzałam - faktycznie dobry tak jak zachwalano.

Teraz ciekawa strasznie jestem książki (tym razem mam ją nawet już na półce, kupiona w ramach nie mojego planu i niecnego podstępu). Skoro film urzekający, to jak dobra powinna być książka-pierwowzór?

Czy powieść Złodziejka książek pana Markusa Zusaka jeszcze czymś mnie zaskoczy po projekcji filmu, jakby nie było to główny nurt fabuły zdążyłam poznać... Może (mam ogromną nadzieję przynajmniej) odkryję w książce wątki pominięte w ekranowej wersji?

No cóż... Myślę że Pożeraczka Książek powinna koniecznie bliżej zapoznać się ze "Złodziejką" :)







Źródło ilustracji: http://ecsmedia.pl/c/zlodziejka-ksiazek-b-iext24142045.jpg

niedziela, 13 kwietnia 2014

Czy da się uciec przed przeszłością?

Tym razem mała załamka w częstotliwości wpisów, ale to dlatego, że czytałam kapitalną książkę i chciałam najpierw ją skończyć i napisać tutaj parę słów o niej, zanim chwycę za cokolwiek innego.

Moim zdaniem książka na prawdę na to zasługuje.

Przed chwilką zakończyłam czytanie zapisków pani Jessici Stern zatytułowanych To nie mogło się zdarzyć : Uciekałam przed koszmarem z przeszłości.

Tym razem nie mamy do czynienia z powieścią, jest to zbiór zapisków z śledztwa, z fragmentami wywiadów? Rodzaj pamiętnika? Może też momentami rozliczenia z trudną przeszłością i spowiedzi?

Przemoc (w jakiejkolwiek formie, przemoc psychiczna to nadal przemoc), wykorzystywanie, gwałt - czy i jak to zmienia człowieka, jakie ślady zostawia w psychice, jakie sieje zniszczenia? I najważniejsze - czy i jak można się z tym uporać?

Odsyłam po odpowiedzi do kart książki.








Źródło ilustracji: http://ksiegarnia.pwn.pl/public/pic/hcovers/240/25/to-nie-mogo-si-zdarzy_78670.jpg

środa, 9 kwietnia 2014

Jak Gucewicz pogrzebała wróbla

Nie, to zdecydowanie nie jest wyjątek z dodatku funeralnego dla amatorów pogrzebów zwierzęcych, a to była pierwsza (błyskotliwa?) myśl jaka przyszła mi do głowy, gdy przeczytałam tytuł.

Wróbel i jego pogrzeb (z całą odpowiednią ku tej uroczystości oprawą) jest jednym z epizodów wspomnianych na kartach książki, ale nie chodzi tu o życie owego tytułowego wróbla, jego śmierć (bardziej lub mniej tragiczną, tak do końca tego nie wiadomo), a o losy samej pani Krystyny Gucewicz.

W tej książce bowiem zostało przez autorkę opisane jej życie, nie całe, często niedokładnie, najczęściej chaotycznie. Taka gawęda o własnych i rodzinnych przejściach (swoją drogą ciekawych i bogatych, tym bardziej, że wynikałoby że przed wojną rodzina nawet szlachecka, jak takim mogło być za czasów równości Polski Ludowej?). Bardziej o czasach dzieciństwa (kolorowego w szarym PRL-u) niż całej reszcie, ale to chyba właśnie dzieciństwo wspomina się najlepiej?

I jak widać - jest co opowiadać, skoro na ten temat udało kartek zapełnić, by powstała całkiem do rzeczy książka.







wtorek, 8 kwietnia 2014

Masakra profana

Po książkę sięgnęłam można powiedzieć, że z polecenia (otrzymałam od osoby, która od czasu do czasu podrzuca ciekawe i inspirujące rzeczy do poczytania, na które sama często nie zwróciłabym uwagi w bibliotece czy księgarni). Dość długo zwlekałam jednak z sięgnięciem po tytuł - tak jakoś wyszło.

Ale widać tak miało być, a książka okazała się inna od wszystkiego, o czym człowiek myśli, słysząc że to o objawieniu i posłannictwie bożym ma być.

Pan Jarosław Stawirej w swojej Masakrze profana postawił całe wzniosłe zagadnienie delikatnie mówiąc do góry nogami, patrząc na nie z punktu widzenia oszołomionej, acz szczęśliwej osoby o silnej wierze, uduchowionej do szpiku kości (zdewociałej może nawet?), a z "praktyczniejszej" perspektywy mało uduchowionego szczurka będącego jednym z czempionów osławionego życiowego wyścigu w kierunku grubej kasy i niczego więcej.

Bo czy objawienie Maryi z personalnego wyboru Jezusa i polecenie: "idź w świat głosić Ewangelię" dla każdego musi brzmieć jak spełnienie życia, wygrany los na loterii?

A co jeśli się miało inne plany na życie, większe aspiracje od stania się współczesnym pastuszkiem?





czwartek, 3 kwietnia 2014

Zajrzeć do "Gildii magów"

Trylogia Czarnego Maga pani Trudi Canavan na polskim rynku księgarskim jest dostępna już od dłuższego czasu (kiedy wyszło pierwsze wydanie nie pamiętam dokładnie, jakieś 4-5 lat temu?).

Lubię książki fantazy, a to jest ponoć całkiem dobre (wolę uniknąć rozwodzenia się nad treścią, opisało to już wielu, mi zaś ciężko cokolwiek mówić bez czytania, tak też nie wypada). Jak więc cudem nie udało mi się do tej pory "połknąć" tych trzech cudnej urody książeczek?


Nooo... zdobycie ich okazało się nieco problematyczną sprawą. W okolicznych bibliotekach nie znalazłam (nie było w ogóle, albo wypożyczone, chociaż ta druga sytuacja dobrze świadczy o książkach - kiepskiej nikt raczej by nie chciał czytać), a zakupu całego pakietu nie udało mi się dokonać.

Muszę to koniecznie jeszcze nadrobić :)







Źródło ilustracji: http://gildia-czarnych-magow.blog.onet.pl/wp-content/blogs.dir/1206848/files/blog_iv_4604314_7026441_sz_gildia-magow-ksiega-i-trylogii-czarnego-maga_trudi-canavan_images_big_29_978-83-925796-0-1.jpg