piątek, 27 grudnia 2013

Książka spod choinki ;)

Bo czemu i nie, ja nie protestuję wcale przeciwko książkom jako prezent, co moja kochana rodzinka skrzętnie wykorzystuje ostatnimi czasy ;)

Jeśli dobra... bo jak już to książka musi być dobra (zawsze można polemizować, że nie ma złych książek, każdemu podoba się co innego, a jak wiadomo o gustach się nie dyskutuje, chociaż ja mam na to często i gęsto wielką ochotę).


To nic, że już przeczytana i jedna i druga. To dwa kolejne tomy dłuższej historii, w Polsce są już wydane całe cztery, a dwa uważam za dobry początek zbierania całego cyklu. 

Nie miałam na półce, a jak już się przytrafiło, to tylko czeka mnie dokupienie kolejnych części, bo nic tak nie koli w oczy jak niekompletna seria zbierająca kurz na regale :-P 

A abstrahując od tego, uważam, że po prostu warto.

A mowa o książkach pani Debory Harkness, która popełniła serię pt. Księga wszystkich dusz.

Fabuły - tradycyjnie - wolałabym nie omawiać, jeśli Kogoś to bardzo interesuje znajdzie w czeluściach Internetu czegoś takiego na pęczki. Osobiście wolę treść poznawać z samej książki, co to za przyjemność znać historię przed przeczytaniem powieści?

Ode mnie można usłyszeć, że sama historia, pomysł, ciekawe, nawet bardzo (o oryginalność, czy odkrywczość, momentami trudno, ale przecież wszystko zostało już gdzieś opisane). Wszystko jest żywe, kolorowe. 

To takie bardzo przyjemne czytadło na literaturowy seans relaksacyjny, po ciężkim tygodniu pracy czy nauki, kiedy mózg bardziej niż soczystej strawy duchowej potrzebuje lekkiego resetu, najlepiej tak pod kocykiem z kubkiem (w moim łasuchowatym przypadku) gorącej czekolady ;)







Źródło ilustracji:



wtorek, 24 grudnia 2013

Na święta


W dniu dzisiejszym chciałam Wszystkim złożyć serdeczne życzenia. 

Zdrowia, szczęścia, pomyślności,
spełnienia marzeń,
spełnienia i zadowolenia z życia,
na co dzień uśmiechu na twarzy,
a także...
aby nie zabrakło czasu na ciekawą książkę ;)





sobota, 21 grudnia 2013

Dziennik Helgi

Ostatnimi czasy sięgam po różnoraką literaturę obozową czasów nazistowskiego holocaustu. Co prawda to już temat nie tak modny jak jeszcze jakieś parę lat temu, ale coś udaje się odszukać.

Do tej pory czytałam głównie starsze rzeczy będące w zbiorach mojej filii, często wydawane w PRL-u, więc nie czarujmy się - w jakimś stopniu ocenzurowane.

Jakiś czas temu na jednej z wystaw książkowych znalazłam Dziennik Helgi pani Helgi Weissovej (chyba nazwisko mogę odmienić, tak mi się przynajmniej wydaje).

Sądząc z zamieszczonej na propagandy, wydaje się być całkiem ciekawą relacją z interesującego mnie okresu, która nie powinna być w żaden sposób ocenzurowana (ponoć czasy rządów totalitarnych i cenzury wszystkiego w imię tejże szczytnej idei mamy za sobą):

Helga zaczyna pisać dziennik w 1938 roku. Ma wtedy osiem lat i mieszka z rodzicami w Pradze. Rodzina Helgi jest ofiarą pierwszej fali nazistowskiej inwazji. Jej ojciec traci pracę, przed dziewczynką zamykają się drzwi szkoły. Wkrótce dochodzi do pierwszych deportacji; zaczynają znikać przyjaciele i bliscy Helgi. Ona sama, wraz z rodzicami, trafia do getta w Terezinie, skąd po trzyletnim pobycie jej ojciec zostaje przewieziony do Auschwitz. Niedługo jego śladem podążają Helga i jej matka. Dziennik dziewczynki ocaleje zamurowany przez jej wuja w ścianie.


Heldze cudem udaje się przeżyć zarówno pobyt w obozie, jak i tułaczkę ostatnich dni wojny. Ostatecznie wraca do Pragi. Tam uzupełnia swój dziennik. Należy do nielicznej grupy praskich dzieci, które przetrwały Auschwitz.


Jak dla mnie brzmi ciekawie, jeśli jeszcze gdzieś trafię, to nie przepuszczę okazji na zakup ;)





czwartek, 19 grudnia 2013

A gdyby tak "Ominąć święta"?

Jako że idą Święta, warto by poczytać sobie coś nastrojowego :)

Ale dlaczegoż by nie nastrojowego "inaczej"?

Czasami sama mam na to ochotę, jak ponoć bohaterowie prezentowanej powieści, tak bez tej corocznej bieganiny, stresu, zmęczenia, odpocząć, bez musu zrobienia czegokolwiek, wysilania się...

Gdy usłyszałam, że jest o tym książka, postanowiłam zdobyć ją przy najbliższej możliwej okazji. 

Popełnił ją jakiś czas temu pan John Grisham, więc wątpię żeby udało się kupić, ale przecież od czego jest biblioteka? Chyba uda mi się to wykopać w mojej filii... Jest tam spora kolekcja pisaniny tego pana, a coś kojarzę że i to znajdę.


A potem wcielę w życie mój szatański plan. Siądę pod choinką i będę się rozkoszować szczęśliwymi Świętami bez świąt w wykonaniu bohaterów powieści (a przynajmniej na to mam nadzieję, sugerując się tytułem).

Ktoś idzie w moje ślady? ;)




środa, 18 grudnia 2013

Książka a film (czy być może raczej ekranizacja, bądźmy precyzyjni)

Refleksja podyktowana filmową (kinową?) "karierą" czy też jak kto woli filmowym fenomenem adaptacji Hobbita pana Tolkiena, przy której to cudem dla mnie niebywałym jest rozciągnięcie na tyle pełnometrażowych części (a planowane są bodaj trzy) jednej, stosunkowo niedużej objętościowo, w stosunku do całej wcześniej nakręconej trylogii Władcy Pierścieni, książeczki.

Poniżej podsyłam trailer, dla zobrazowania wielkości i rozmachu przedsięwzięcia:


W gruncie rzeczy nie mam nic do adaptacji filmowych, lubię na skutki takich eksperymentów popatrzeć, szczególnie jeśli wcześniej zdążyłam przeczytać tekst, na podstawie którego powstał widoczny na ekranie produkt. Porównać sobie moje wyobrażenie bohaterów, świata książkowego do tego stworzonego wizją reżysera przez cały sztab odpowiednich fachowców.

Jednak teraz coraz częściej, niestety, ekranizacje mnie rozczarowują...

I nie chodzi tutaj o sam obraz filmowy, bo pewnie gdybym nie znała książek, to filmy jak najbardziej by mi odpowiadały, kasowe obsady, budżet wydany na efekty specjalne i scenografię widać, można nawet chwalić, że porządna robota została wykonana by oczarować widza. Chodzi o coś innego - po prostu ekranizacje są uboższe od całego bogactwa zastanego na kartach książki. Dotyczy to głównie zastanej w filmie fabuły, z której wycina się wedle uznania książkowe wątki, zastępuje je czasem innymi, stworzonymi przez scenarzystów, sporadycznie także rozczarowana jestem doborem obsady.

Pod tym obrazkiem więc mogę się więc podpisać obiema rękami ;)






Źródło:

wtorek, 17 grudnia 2013

Obiektywna recenzja

Słysząc ten zwrot krew mnie zalewa.

Ludziska!

Nie ma czegoś takiego jak obiektywna recenzja... To samo w sobie brzmi jak paradoks.

Tak na zdrowy rozsądek, to albo coś jest obiektywne (a przynajmniej stara się być obiektywne, bo coś takiego jak pełen obiektywizm w naturze nie istnieje, nasze osądy są determinowane przez różne czynniki, niezależnie od tego jak bardzo się staramy wysilić na dystans), albo jest recenzją.

Nie będę w tym miejscu przytaczała całej definicji recenzji, nie o to w tym tekście chodzi, a Każdy średnio wykształcony Człowiek wie o czym mowa (a przynajmniej taką mam nadzieję). Jeśli Kogoś temat brylowania w pojęciach bardzo interesuje - poszukiwań Nikomu nie zabraniam ;)

Recenzja - ja mówię co myślę o danym tekście, filmie, przedstawieniu, wydarzeniu itd.

Skoro ja mówię co myślę o czymś, to nie może być to obiektywne. Mówię co myślę - formułuję swoją opinię na jakiś temat, a moja opinia to moje subiektywne odczucie, a nie coś wolnego od uprzedzeń, naleciałości kulturowych i innych uwarunkowań, wśród których przyszło nam żyć. 

Dokładnie - coś. 

Bo jak to mam nazwać? Zdanie? Opinia? Wypowiedź? Przecież te wyrażenia także są już z założenia nacechowane subiektywizmem. Najbliżej obiektywizmu byłoby chyba nazwać to coś twierdzeniem, w końcu twierdzenia naukowe chyba można nazwać w miarę obiektywnymi?

A ten tekst, tak dla upewnienia Czytających go, jest w pełni subiektywny - bo to mnie zalewa krew ;)

piątek, 13 grudnia 2013

Apel do szeroko pojętych mediów i internetowego wolontariatu

Ludziska!

Bardzo cieszy mnie że pamiętacie o rocznicy rozpoczęcia stanu wojennego (chociaż moim zdaniem jest kilka bardziej wartych uwagi i wspominania wydarzeń z przebogatej historii Polski). Tylko może mi ktoś wyjaśnić po co, co roku tyle szumu wszędzie? 

Temat został przewałkowany z każdej strony, a co by człowiek nie włączył to aż go razi w oczy jasnością wybuchu atomówki, gdyż co krok coraz to nowa dyskusja i rewelacja.

Ludki, ja już się czuję w temacie tak bardzo wyedukowana przez Was, światłych Ludzi wszelkich opcji politycznych (czy jakby ich nie nazwać, ale przyjmijmy, że jednak politycznych), że wystarczy mi to zupełnie na dziesięć lat z okładem.

Z wyrazami szacunku i serdecznymi pozdrowieniami
Pożeraczka Książek 
obywatelka setnie umęczona coroczną wizją "świętowania" 13 grudnia




poniedziałek, 9 grudnia 2013

Listy lektur

przykładowa lista
Uprzedzając pierwsze skojarzenia - nie chodzi tu wcale o lektury szkolne (nie psujmy sobie humoru w tak uroczy wieczór). Po prostu nie wiem jak inaczej krótko określić publikowane od czasu do czasu przez różne osoby, instytucje, wydawnictwa itd. listy książek, które powinno się w swoim krótkim, acz bogatym czytelniczo życiu przeczytać.

Zaglądam do takich list z ciekawością, nie powiem że nie. Warto sprawdzić ile z takiej listy pozycji już mam za sobą (najprostszą metodą żeby ogarnąć to dobrze wizualnie to skopiować grafikę - bo w takiej formie to widnieje najczęściej - do painta i tak chamsko sobie powykreślać przeczytane tytuły), co ewentualnie, wg autora zestawienia, powinno się jeszcze przeczytać. Fajna metoda poszukiwania czytadeł przy własnym braku koncepcji na kolejną książkę do pochłonięcia.

Tylko... no nie zawsze i nie wszystko uważam za aż tak wybitne i wspaniałe, by to musiało od razu trafić do takiego spisu. Fascynuje mnie kto i na jakiej zasadzie dobiera tytuły, dlaczego taka właśnie kolejność obowiązuje...

A może by tak pokusić się o stworzenie własnej listy, przekonać się jak to jest kreować takie coś? Hmmmm, myśl warta rozpatrzenia ;)





sobota, 7 grudnia 2013

Świat po Apokalipsie św. Jana


I odpuść nam nasze winy to tytuł książki popełnionej przez pana Romain'a Sardou.

Koncepcja nie powiem - ciekawa, nawet bardzo. Tak pokrętnej intrygi, makabrycznego eksperymentu i (już zupełnie na sam koniec) serii subtelnie popełnionych zbrodni się nie spodziewałam sięgając po tą pozycję.

Nie ma to jak śmiertelnie ryzykowne śledztwo prowadzone przez zupełnie nieświadomych grożącego niebezpieczeństwa ludzi. Macki tajnej organizacji (okrutnych fanatyków myślących, że działają w słuszniej sprawie - dla dobra całego chrześcijaństwa) sięgają bardzo daleko, są w stanie dosięgnąć i "uciszyć na wieki" samego papieża (!).

A wszystko z powodu poćwiartowanych zwłok, ginącego z rąk czarnego charakteru biskupa diecezji zapomnianej przez świat oraz jeszcze bardziej zapomnianej przez świat niewielkiej wioski tej diecezji zagubionej wśród bagien.


Jeśli kogoś interesuje thriller w średniowiecznym wydaniu to nie pozostaje mi nic innego jak tylko zachęcić do sięgnięcia po tą właśnie książeczkę :)




piątek, 6 grudnia 2013

A dziś poświętuję

Proszę więc o wybaczenie, że nie będzie żadnego merytorycznego wpisu. Stało się tak z jednego, pięknego powodu. 

Dziś mianowicie odebrałam mój dyplom licencjata :)

Także niech się dziś pocieszę i poraduję

czwartek, 5 grudnia 2013

Bo to jest książka napisana dla przyjemności

Tytuł posta został zainspirowany tekstem piosenki Republiki Mamona:

http://www.youtube.com/watch?v=wPD5QkHbd7w

(wstawiam link, ponieważ po miksie Youtube'a z google+ dzieją się dziwne rzeczy i nie idzie załadować poprawnie filmiku)

To teraz może jednak przejdę już do książki. W końcu to blog dotykający literatury a nie kącik muzyczny ;) 


A ową tytułową powieścią napisaną dla przyjemności jest Odmieniec pani Philippy Gregory. 


Tekst niewątpliwie lekki w czytaniu. Historia sama się toczy, nikt jej nie musi ciągnąć, czy na siłę popychać do przodu. Nie widać w tym przymusu pisania.

Opisane wydarzenia nie wymagają wielkiego zaangażowania umysłowego - to w końcu nie ciężka rozprawa naukowa, a beletrystyka. Książka dobra do poczytania po męczącym dniu w pracy, żeby się zrelaksować.

To taka typowa powieść historyczno-przygodowa. Z wątkami spisków, tajemnic, zagadek (czyli to co lubię najbardziej) i, a jakże by inaczej, dojrzewającym powoli i nieśmiało wątkiem miłosnym (tego już nie jestem tak gorącą zwolenniczką, jakoś romans sam w sobie mnie nie kręci, ale przecież są i tacy co to lubią). Jeśli ktoś jest wielbicielem historii zakazanej miłości, to ta pozycja jest strzałem w dziesiątkę ;)

Książka ma otwierać serię. Tak przynajmniej wychodzi z założeń podanych przez autorkę - chociaż tego zwykle nie robię i nie lubię to tym razem pobieżnie rzuciłam okiem na tekst znajdujący się zaraz za zakończeniem właściwej treści - oraz "otwartego" zakończenia tego tomu. 

Jeśli tak faktycznie się stanie, to już nie mogę doczekać się kolejnych części przygód młodego inkwizytora, jego pomocników oraz towarzyszących im dwóch niezwykle barwnych dam.






środa, 4 grudnia 2013

Jedyna książka, do której lubię raz na bardzo długi czas wrócić

Ogólnie nie czytam po kilka razy tych samych książek.Jeśli już raz coś przeczytałam to mi wystarczy (byłoby to takie samo jak oglądanie w telewizji powtórek programów, które już się widziało).

Ale dla jednej książki jestem w stanie robić co jakiś czas. Z jednego prostego powodu - za każdym razem gdy do niej zaglądam, znajduję dla siebie w niej coś nowego, podbudowującego.

Jest to w zasadzie niewielka książeczka, objętościowo też szaleństwa nie robi. Wygląd powiedzmy sobie szczerze - niepozorny.

Cała magia i urok kryją  się w środku, w słowach.

Dostałam ją jako nagrodę za świadectwo z paskiem w drugiej klasie szkoły podstawowej (idealnie dobrana książka dla dziecka, nieprawdaż?). Wtedy gdy do niej zajrzałam tekst wydawał mi się bardzo trudny, niezrozumiały, chociaż historia była o dziewczynce takiej jak ja.

Wróciłam do niej po kilku latach i ze zdziwieniem odkryłam jaki to wspaniały i bogaty tekst. Jak bardzo teraz on do mnie trafia i przemawia. 

Książka pana Francoisa Garagnon Jaga i wielkie tajemnice życia to coś cudownego, czytałam ją ze 3 razy już chyba i myślę, że sięgnę po nią jeszcze nie raz.


Jeśli Ktoś także ma ochotę na cudną książkę pełną i zmuszającą do refleksji to serdecznie polecam.




Źródło ilustracji: http://www.poczytaj.pl/1675

poniedziałek, 2 grudnia 2013

Księga o Niewidzialnym

czyli dlaczego nie powinnam zaglądać do księgarni ;)

A było to tak. Dziś szczęśliwym zbiegiem okoliczności z bratem zajrzałam do znajdującej się w mieście nieopodal naszej miejscowości księgarni. Żeby nie było - tym razem był to pomysł brata. Ale dla mnie wizyta taka skończyła się jak zwykle. No ciężko mi wyjść z księgarni bez chociaż jednej książki, kończy się to "odchorowywaniem" niekupionych pozycji.

Do rzeczy kobieto, do rzeczy...

Tym razem więc wypatrzyłam na wystawce nowości, pośród innych ciekawych i wartych zakupienia tytułów, taką oto i śliczną czerwoną książeczkę.

Ponieważ bardzo lubię i cenię dzieła pana Erica-Emmanuela Schmitta to po prostu nie mogłam się opanować. W dodatku do tej pory żadna taka pozycja nie znalazła się w moim księgozbiorze. Teraz to udało się nadrobić ;)

Co prawda jest to zbiorek, moja nie najulubieńsza forma edycji dziełek, ale lepszy zbiorek, niż nie mieć nic.

Dwa utworki są mi już znane, niestety nie miałam ich wcześniej na półce (mowa o Oskarze i pani Róży oraz o Dziecku Noego, czytałam egzemplarze biblioteczne), a i tak chciałam, by mimo przeczytania już wcześniej, znalazły się w mojej biblioteczce. Według mnie to bardzo wartościowe książki.

Jestem strasznie ciekawa co do reszty, tym bardziej, że część to świeżynki na polskim rynku. Do tej pory nikt ich tu nie publikował - warto więc było się skusić.

Teraz tylko poszukać czas na przeczytanie :)



A jaka pointa całej historii?
Jak to dobrze, że pracuję w bibliotece, a nie w księgarni. Z księgarni wypłatę przynosiłabym w książkach ;)







środa, 27 listopada 2013

Nowy wspaniały świat

Książkę o tym tytule popełnił pan Aldous Huxley (fascynujące imię swoją drogą).

Jaki więc ma być ten nowy, wspaniały świat (zakładam że to świat z jakiejś mniej lub bardziej odległej przyszłości)?

Spójrzmy co można znaleźć na ten temat chociażby na stronie któregoś z szacownych wydawnictw (w tym przypadku posiłkuję się twórczością znalezioną na stronie wydawnictwa Muza), nie ma to jak krótka, a treściwa i starająca się zachęcić do kupna notka:

Nowy wspaniały świat to jedna z najsłynniejszych antyutopii w literaturze XX wieku. Przedstawiona w powieści Huxleya wizja przyszłego społeczeństwa, które osiągnęło stan całkowitego zorganizowania i zrealizowało ideał powszechnej szczęśliwości, jest wizją przerażającą. 

Z tym, że książka jest słynna można by się poniekąd zgodzić. Znaczy, ja o niej usłyszałam jakiś czas temu, po przeczytaniu dzieł pana Orwella (ale o tym to może innym razem, tym książkom należą się jednak osobne wpisy od aktualnego), to co zostało opisane w Nowym wspaniałym świecie to ponoć przeciwstawna wersja świata (zamiast wszechobecnego terroru i inwigilacji zasyp bzdurami, doprowadzenie do zidiocenia(?)), która w ostatecznie sprowadza się do tych samych skutków.

Czy tak faktycznie jest? Czy może w tej książce zastanę wizję tego co dzieje się już teraz?

Mam nadzieję, że uda mi się niedługo dorwać tą książkę i się o tym przekonać. 

Może Ktoś ma już lekturę tej powieści za sobą?







poniedziałek, 25 listopada 2013

Królowa Południa

Czyli w skrócie mówiąc od zera do "bohatera". 

Dlaczego bohatera w cudzysłowie? Ponieważ kariera w brutalnym świecie karteli narkotykowych wg mnie nie jest zbyt chlubna. 

Ale nie czas i miejsce to na roztrząsanie co jest, a co nie jest chlubne (chociaż może powinnam), to zostawiam już do głębszego osądu każdemu z osobna, nie będę prawiła tu komunałów jakie to narkotyki są złe (bo są, ale z drugiej strony to każdy swój rozum ma i jeśli chce się truć to proszę bardzo, droga wolna, tylko miej człowieku świadomość w co się pakujesz i nie pociągaj na dno wszystkich wokół za sobą - nazwijmy to mechanizmem selekcji naturalnej), ani że ludzie przyczyniający się w jakikolwiek sposób do ich dystrybucji tylko, są godni największego kotła w najczarniejszym zakątku piekła. 

Mnie interesuje i interesowała sama historia. Została ona spisana przez jednego z moich ulubionych pisarzy, pana Arturo Perez-Reverte.

Sama w sobie książka jest całkiem ciekawa i wciągająca. Nie jest to typowa powieść. Jest to tekst w formie reportażu, odtwarzający (z różnych punktów widzenia i przez różne osoby, w ramach śledztwa dziennikarskiego) dzieje Teresy Mendozy, która z dziewczyny przemytnika stała się największą organizatorką transportów narkotyków.

Jeśli Kogoś interesuje jak do tego doszło, jak się potoczyły losy głównej bohaterki do wystrzałowego końca - serdecznie polecam. Książki tego autora można czytać w ciemno ;)




Źródło ilustracji: http://ecsmedia.pl/c/krolowa-poludnia-p-iext8616788.jpg

czwartek, 21 listopada 2013

Pozostając w świecie krucjat

Ostatni tekst był o mało znanej, ale wybitnie krwawej krucjacie europejskiej. Nie jedynej tak na marginesie, ale dziś nie o tym.

Dziś chciałabym napisać o książkach, które opowiadają co nieco o najbardziej znanych wydarzeniach krucjatowych, mianowicie, walkach o i w Ziemi Świętej.

Serię Wyprawy krzyżowe, przystępnie napisanych na ten temat książek, wypuściło na rynek książkowy wydawnictwo Bellona (pewnie kilka innych wydawnictw też, ale akurat to chyba najbardziej słynie z tego typu publikacji), a same teksty popełnił pan Andrzej Michałek.

O samym panu jako twórcy tekstów słyszałam różne opinie (w tym takie nie do końca pochlebne, zarzucające min. brak bibliografii w książkach), jednak ta seria wydaje mi się napisana całkiem rzetelnie (bibliografie są, sprawdzałam, znajdują się także dodatkowe objaśnienia w miejscach mogących wywoływać spory).

Jeśli Kogoś interesuje tematyka walk chrześcijan o Grób Pański i Jerozolimę (widziana z różnej perspektywy),to ta seria, jako wysondowanie tematu idealnie się o tego nadaje. Także dla nieco starszych dzieci - język jest prosty, a całość okraszona barwnymi ilustracjami poglądowymi. Jedyne co trochę przeszkadza to rozmiar - książki są całkiem spore, ale to można przeboleć na rzecz dobrej zawartości ;)

Sama nie przeczytałam całej serii, udało mi się dorwać do trzech tomów, może w przyszłości "zapoluję" na pozostałe.









Źródło ilustracji:

wtorek, 19 listopada 2013

Pierwsze ludobójstwo

Zaznaczając na wstępie, ten wpis wcale nie będzie o holocauście czasów II wojny światowej, ponieważ pierwsze ludobójstwo miało miejsce parę setek pat wcześniej. Zadziwiające, prawda?

Przed Hitlerem pierwsi byli... zgadliście - chrześcijanie, i to uwaga, już na początku XIII wieku (!), z papieskim błogosławieństwem Innocentego III.

O Albigensach mało kto słyszał, prawda? Może troszkę się rozniosło za sprawą burzy wywołanej powieściami pana Dana Browna (patrz - Kod Leonarda da Vinci), ale dziś oddzielny fikcję literacką, kuszącą magię niedopowiedzeń i ćwierć prawd od stanu faktycznego.

A ten został przedstawiony w całkiem ludzki jak na opracowania historyczne sposób w książce Najświętsza Wojna pana Marka Gregory'ego Pegg.

Przedstawia on losy ziem południowej Francji zamieszkałych przed ponad ćwierćwieczną krucjatą, głownie pod przewodnictwem Szymona z Montfort, przez heretyckich katarów (czy jak kto woli albigensów, katolicka typologia heretyków w tym miejscu nie jest zbyt jasna, ale o tym więcej w tekście opracowania). Kim byli ci ludzie? Czym oni narazili się papiestwu (duchowemu przewodnikowi i przywódcy krucjaty) i rycerstwu północnej Francji (zbrojnemu ramieniu tego zbożnego dzieła)? 

Odsyłam z prawdziwą przyjemnością do kart książki.





poniedziałek, 18 listopada 2013

Strach się bać

Od razu zastrzegam, książka dla ludzi o mocnych nerwach, lubiących pobać się nad książką.

Książka wyglądająca dość niepozornie. Zalegała na wystawce nowości w mojej filii, więc postanowiłam się zapoznać z treścią, aby wiedzieć czy warto czy nie warto polecić czytelnikom. 

Okładka nie ocieka krwią. Sam opis także dość "niepozorny".

Ale zawartość... Pan Maxime Chattam "ostro pojechał po bandzie". Teoria Gai to nie słodka bajka na dobranoc.

Po intrygującym początku (zaproszeniu trójki naukowców do pracy w unijnej tajnej komisji badającej przekręty jednego z jej martwych prominentów), prowadzone dwutorowo śledztwo przybiera zaskakujący i morderczy obrót, chociaż mniej morderczy przez większość tekstu dla socjologa i genetyka w europejskim laboratorium, za to pani antropolog serdecznie współczujemy wyspy pełnej najgorszych światowych seryjnych morderców grasujących na wolności, na której musi walczyć o przetrwanie.

Ale co i komu dokładnie się działo? Odsyłam do samego tekstu. Ostrzegam tylko raz jeszcze, książka momentami bardzo brutalna (z obdzieraniem ze skóry włącznie), także Osoby Wrażliwe proszone są o czytanie tego w środku jasnego dnia, najlepiej w miejscu publicznym.

Książka nieco grubsza niż na propagandowej ilustracji, ale jeśli ktoś gustuje w ciężkiej literaturze, to serdecznie polecam.






Źródło ilustracji: http://www.soniadraga.pl/produkt/331/teoria-gai.html

środa, 13 listopada 2013

Zajrzeć za zasłonę

Po kolejnych drobnych perturbacjach, przy których nie złożyło mi się czasowo na napisanie kolejnego posta, dziś mogę spokojnie siąść i popracować nad kolejnym tekstem.


Chciałabym się tym razem podzielić swoimi wrażeniami na temat książki pana Ebena Alexandra Dowód. Prawdziwa historia neurochirurga, który przekroczył granicę śmierci i odkrył niebo.

Świadectwa osób, które przeżyły zjawisko zwane popularnie śmierć kliniczna, stały się ostatnimi czasy dość popularne. Ja osobiście po raz pierwszy sięgnęłam po tego typu literaturę. Ciężko to oceniać w kryteriach prawdy-fałszu (fałszu w znaczeniu bujnej wyobraźni autora, jak to ma miejsce np. w powieściach), jest to właściwie niemożliwe, tego nie da się zweryfikować, póki samemu się czegoś takiego nie przeżyje, czego oczywiście nikomu nie życzę.

Nie oceniajmy, może raczej skupmy się na przesłaniu, opisanym obrazie. To, co wyziera z kart książki już od samego początku (i to nie tylko podkreślane słowami samego autora), to to, że tych przeżyć nie da się precyzyjnie przełożyć na język i kategorie ludzkiego myślenia. I to może jest w tym wszystkim piękne - niepojętność i pojemność odczuć, poczucie zjednoczenia z Omem, z wszechświatem, wszechobecnej miłości i akceptacji. Wiem, brzmi to górnolotnie, ale czy nie po to ludzie stworzyli sobie setki religii na całym świecie, by poczuć obecność Istoty Wyższej nad nimi?

Ten opis nie jest wyidealizowany, wbity w patos, czy sięgający po mistykę. Jest to zwięzła, uporządkowana relacja człowieka, który przeżył coś wyjątkowego, chce się tym podzielić i nie liczy na zrobienie z tego taniej sensacji, nie chce zakładać nowej religii. Jeśli uwierzysz, to dobrze, o to chodziło, a jeśli nie, to szkoda, ale łopatą Ci tego do głowy nie wbiję.

Ja chyba do końca nie uwierzyłam, chociaż w głębi duszy czuję że "coś w tym może być na rzeczy". Za to z czystym sumieniem mogę polecić tą książkę, jeśli Ktoś tematem się interesuje, albo chciałby z czystej ciekawości sięgnąć po relację tego typu.

Miłej lektury ;)





czwartek, 7 listopada 2013

Pani, bo biblioteki to są niepotrzebne

Taką oto piękną tezę przestawił mi dziś jeden z klientów mojej biblioteki (nie powiem czytelnik, ponieważ osobnik te przybył skorzystać z jednostki komputerowej, która jest udostępniana na potrzeby odwiedzających mój przybytek, a głównie dlatego, że to ktoś, kto nie czyta i ba, szczyci się tym, ale o tym dalej). Słysząc to postanowiłam się dowiedzieć dlaczegóż to biblioteki są niepotrzebne, a zamiast tego cała powierzchnia powinna być zastawiona stanowiskami komputerowymi (chociaż już mnie korciło zwrócić uwagę, że w takim razie to może lepiej kafejka internetowa, skoro widok książek jest taki ciężki do zniesienia). Oto co usłyszałam. O dziwo, nie to że książki są głupie (chociaż mój adwersarz był bliski użycia i tego ostatecznego argumentu, gdybym sprawę drążyła chwilę dłużej). Główne przesłanie dotyczyło tego, że po co biblioteka skoro wszystko można znaleźć w Internecie?

Czy jest tak na prawdę?

Zgodzę się, że w Internecie można w tej chwili znaleźć WIELE (przy umiejętnym szukaniu, gdy wiemy o co zapytać i gdzie, a tego nie powiedziałabym o osobie, która ma problem z wyszukiwaniem ilustracji w Googlach, robiąc to przez Internet zamiast grafikę...), ale nadal NIE jest to WSZYSTKO. Nadal pozostają rzeczy, nawet całkiem sporo, które są dostępne tylko w formie papierowej, jak starsza beletrystyka, rozprawy naukowe, czy inne tego typu materiały zajmujące biblioteczne półki, a których z tych czy innych względów nikt nie będzie na razie digitalizował w żaden sposób, ze względu na ich niewielką wartość, czy też problem praw autorskich. 

Kolejna sprawa, co jak Internet nagle padnie? Brak prądu, kłopoty z łączem, no cokolwiek? Książka papierowa jest od tego niezależna, biblioteki są otwarte w swoich "godzinach urzędowania", więc można iść i z nich skorzystać.

Ponadto, plik łatwo skasować (wiem, wiem, istnieją kopie zapasowe, systemy zabezpieczeń, itd.), ale czy do tego nie może dojść? Pomyłka człowieka w czasie prac na bazie, czy atak hakerów i leżymy. A jeśli wszystko byłoby tylko w formie zdigitalizowanej? Tracimy to bezpowrotnie. Mimo wszystko prędzej można storpedować repozytorium, niż zniszczyć fizycznie istniejący zbiór.

I to co dla mnie też ważne - biblioteka to nie tylko książki. Biblioteka to w takim samym stopniu, jak nie bardziej, ludzie. Tak, ludzie. Dziwne? Wcale. Biblioteka jest dla czytelników, bez nich by nie istniała. To taka specyficzna społeczność skupiona wokół budynku z książkami, mówiąc w uproszczeniu. Do biblioteki ludzie przychodzą nie tylko po książki (złośliwi zgodzą się, dodając, że także skorzystać z komputera - to też się zgadza), ale to też okazja do rozmowy. O książkach, sprawach życiowych. Kontakt z drugim człowiekiem chyba też jest ważny prawda?

Tym socjalizacyjnym wnioskiem zakończyłabym zanudzanie zbulwersowanej i lekko sfrustrowanej bibliotekarki.

Odwiedzajcie biblioteki, póki są ;)

środa, 6 listopada 2013

Wielki powrót (?)

Miejmy nadzieję, a przynajmniej ja taką mam. O Wiedźminie nikt całe lata nie słyszał, jeśli nie liczyć koszmarkowatego serialu na podstawie powieści niedługo po wydaniu bodaj ostatniej książki cyklu (niech ktoś mówi co chce, ale ekranizacja została według mnie skopana po całości) oraz słynnej na cały świat serii gier z postacią Geralta z Rivii (akurat z tego można być dumnym, ekipa CD Projektu odwaliła kawał solidnej roboty, dla Zainteresowanych stronka gry: http://pl.thewitcher.com/), a tu proszę - właśnie przebojem na półki księgarskie wkracza Sezon burz pana Andrzeja Sapkowskiego.

O czym to ma być?

Czytając opis już można się pocieszyć że to nie żadna kontynuacja (czyli hurrra, żaden odgrzewany kotlet), a osobna powieść osadzona w wiedźmińskim universum, z postaciami znanymi z wcześniejszych historii  (oraz kilkoma nowymi oczywiście) - za to już na wejście ogromny plus, a co więcej? W tym miejscu pozwolę sobie na lenistwo zacytowania ;)

„Sezon burz” nie opowiada bowiem o młodzieńczych latach białowłosego zabójcy potworów ani o jego losach po śmierci/nieśmierci kończącej ostatni tom sagi. 
„Nigdy nie mów nigdy!” W powieści pojawiają się osoby doskonale czytelnikom znane, jak wierny druh Geralta – bard i poeta Jaskier – oraz jego ukochana, zwodnicza czarodziejka Yennefer, ale na scenę wkraczają też dosłownie i w przenośni postaci z zupełnie innych bajek. Ludzie, nieludzie i magiczną sztuką wyhodowane bestie. Opowieść zaczyna się wedle reguł gatunku: od trzęsienia ziemi, a potem napięcie rośnie. Wiedźmin stacza morderczą walkę z drapieżnikiem, który żyje tylko po to, żeby zabijać, wdaje się w bójkę z rosłymi, niezbyt sympatycznymi strażniczkami miejskimi, staje przed sądem, traci swe słynne miecze i przeżywa burzliwy romans z rudowłosą pięknością, zwaną Koral. A w tle toczą się królewskie i czarodziejskie intrygi. Pobrzmiewają pioruny i szaleją burze.

Coś mi się ciężko wydaje, że skromny budżet na książki w tym miesiącu ulegnie powiększeniu... Do zobaczenia więc w księgarni ;)






Źródło ilustracji i tekstu: http://www.supernowa.pl/ksiazki.php?p=272

wtorek, 5 listopada 2013

Inferno Dana Browna

Jako wierna czytelniczka pana Dana Browna z radością znalazłam jakiś czas temu wiadomość o kolejnej powieści, która niebawem miała się pojawić na sklepowych półkach (zadziwiło mnie tylko, że zanim planowana była polska premiera książki, za granicą trwały już przymiarki do ekranizacji powieści - oby tylko była ona lepsza od poprzednich, moim zdaniem totalnie nie udanych, prób przeniesienia fikcyjnego świata książek pana Browna na srebrny a potem szklany ekran).

Inferno - tytuł nie powiem, intrygujący. Okładka jak dla mnie ładna ;) (wiem, że nie ocenia się książki po okładce, sama o to napominałam, ale jak książka ładnie wygląda z zewnątrz nie czuję się tym urażona).

Ale co w środku? Z czym się to "piekiełko" je?

Popatrzmy co zdradza opis sporządzony przez wydawcę:

Światowej sławy specjalista od symboli, Robert Langdon budzi się na szpitalnym łóżku w zupełnie obcym miejscu. Nie pamięta, jak i dlaczego znalazł się w szpitalu. Nie potrafi też wyjaśnić, w jaki sposób wszedł w posiadanie tajemniczego przedmiotu, który znajduje we własnej marynarce. Czasu na rozmyślania nie ma niestety zbyt wiele. Ledwie na dobre odzyskuje przytomność, ktoś próbuje go zabić. W towarzystwie młodej lekarki Sienny Brooks Langdon opuszcza w pośpiechu szpital. Ścigany przez nieznanych wrogów przemierza uliczki Florencji, próbując odkryć powody niespodziewanego pościgu. Podąża śladem tajemniczych wskazówek ukrytych w słynnym poemacie Dantego… Czy jego wiedza o tajemnych sekretach, które skrywa historyczna fasada miasta wystarczy, by umknąć nieznanym oprawcom? Czy zdoła rozszyfrować zagadkę i uratować świat przed śmiertelnym zagrożeniem?

Trochę może to i schematyczne, co nie znaczy, że nie ma prawa wciągnąć na kilka godzin.

Hmmmm.... kiedy by tu do księgarni? ;)






Źródło ilustracji i zamieszczonego opisu: http://www.soniadraga.pl/produkt/794/thriller-i-sensacja-inferno.html

poniedziałek, 4 listopada 2013

Akcje proczytelnicze

Czy coś w stosunku do czegoś mam mieszane uczucia. Idea sama w sobie szczytna, temu nie zaprzeczę, szczerze popieram - zachęcić ludzi do czytania książek.

Tylko czy akcje właśnie w takim kształcie jak teraz kogoś zachęcają?

One są tworzone przez aktywistów, zapaleńców (chwała Wam Ludki że jesteście) dla ludzi, którzy także chcą się pokazać, pobawić, coś zrobić, zamanifestować - czyli dla również aktywnych. Nie jestem w stanie stwierdzić ilu nie-czytających pojawia się na spotkaniach proczytelniczych (jeśli w ogóle). Tego typu zdarzenia traktowałabym raczej jako "utwardzanie gruntu czytelniczego", a nie jako coś co ma wymierną siłę wpłynąć na osobę, która do tej pory była oporna w dziedzinie czytania książek.

Skoro tak się wymądrzam, to może wiem jak nakłonić do czytania?

Niestety jestem od tego daleka, nawet bardzo. Po prostu wychodzę z założenia, że... jeśli ktoś sam czegoś nie chce, to się go do tego nie zmusi. Można mu pokazywać że można, że to fajne (tu ukłon w stronę szeroko pojętych działań Aktywistów) i tyle. Warto pokazywać często, im wcześniej tym lepiej, bo czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąca. To chyba moja jedyna recepta - czytelnika to trzeba starać się wychować ;)

piątek, 1 listopada 2013

Gra o Władzę

Trzymając się wczorajszej tematyki historycznej, z intrygami dworskimi nie w tle, a na pierwszym planie, postanowiłam napisać dziś o kolejnej książce utrzymanej w tej konwencji.

Tym razem sięgnę niejako do "rodzimego ogródka", ponieważ autorka jest Polką (chociaż mieszkającą i publikującą za granicą).

Pani Ewa Stachniak (dla Zainteresowanych strona www: http://ewastachniak.com/) popełniła powieść pt. Katarzyna Wielka : Gra o władzę

Tytułowa Katarzyna to caryca rosyjska, druga panująca tego imienia, a książka opisuje jej dojście do władzy (czyli od momentu przyjazdu młodej dziewczyny, księżniczki anhalckiej Zofii Fryderyki Augusty, na niegościnny rosyjski dwór) oraz kilka lat rządów już jako prawosławnej carycy (ze względu na to, że planowana jest kontynuacja książki nie opisano całości jej panowania).

Książka napisana przyjemnie (jest to autoryzowany przekład - dlaczego tak odsyłam do strony autorki;)), z ciekawej perspektywy, gdyż narratorka jest czynną uczestniczką wydarzeń, konspiratorką ;)

Jeśli Kogoś interesuje knucie na dworach Europy Wschodniej, zahaczające o sprawy polskie, to koniecznie należy sięgnąć po tą pozycję.






czwartek, 31 października 2013

Na dworze Tudorów nie do końca po kolei

Może jeszcze nie do końca przeczytane, bo seria zawiera całe sześć dość sporych tomów (ze względu na napięty grafik ostatnimi czasy zdążyłam połknąć cztery pierwsze tomy), ale nie mogę się powstrzymać, żeby już nie polecić świetnych książek.

Chodzi tym razem o serię tudorowską pani Philippy Gregory (oficjalna strona www autorki: http://www.philippagregory.com/books, dla osób nie zrażających się czytaniem w języku angielskim), historyk, trzymającej się w swoich dziełach wiernie chronologii wydarzeń, zaistniałych faktów, co doceniam w powieściach historycznych. Bohaterami książek, poza nielicznymi wyjątkami, są postaci faktycznie biorące przed wiekami faktycznie udział w opisywanych zdarzeniach.

Seria obejmuje czasy od przybycia na ziemię angielską i poślubienia przez Katarzynę Aragońską księcia Artura (starszego brata Henryka, późniejszego władcy Anglii ósmego tego imienia), przez wszystkie dalsze małżeństwa pierwszej głowy Kościoła Anglikańskiego, dalej walkę o sukcesję po nim, aż do ostatecznego tryumfu i panowania Elżbiety I.

To co mnie najbardziej urzekło w tych książkach, to sposób prowadzenia narracji. Nie jest ona trzecioosobowa, z punktu widzenia wszystkowiedzącego narratora. Narrator (przynajmniej jak do tej pory) jest uczestnikiem wydarzeń, co pozwala na taki opis wydarzeń, który mimo, że ogólnie historia jest znana, trzyma czytelnika w napięciu do samego końca. Świat i postaci są barwne, wyraziste.

Powieści są idealne dla wielbicieli dworskiej intrygi, romansu... a także tych wszystkich, którzy lubią poznawać historię w zbeletryzowanej wersji (suche fakty typowych opracowań historycznych czasami są nie do przebrnięcia, a coś podanego w takiej, "lekkiej" formie jest zawsze do przełknięcia i przetrawienia, pamiętając przy tym, że powieść nigdy nie jest podręcznikiem, zawiera fakty pomieszane z przyjemną dla ducha fikcją literacką).

Dlaczego tytułowe nie po kolei? Ponieważ swoją przygodę rozpoczęłam z serią od drugiego tomu (który dostałam w prezencie), ale to wcale nie popsuło mi przyjemności czytania, ponieważ ze względu na innego narratora w każdym tomie, inne zawarte wydarzenia, można te książki czytać jako niezależne powieści.







Wszystkie ilustracje pochodzą ze strony (są to okładki przeczytanych przeze mnie tomów, na podanej stronie Zainteresowani znajdą wszystkie części, łącznie z krótkimi streszczeniami zawartości poszczególnych tomów): http://publicat.pl/ksiaznica/oferta/serie/cykl-tudorowski_71,2431.html

środa, 30 października 2013

Duma z nieczytania

Z moich obserwacji wynika, że jest to postawa niesłychanie popularna i modna (szczególnie wśród młodzieży w wieku buntu młodzieńczego, ale i coraz częściej wśród osób, które burzę hormonalną okresu dojrzewania mają już za sobą). Bez żenady mówić o tym, że się nie czyta, nie czytało (no poza traumatycznym okresem szkolnym, gdzie zrządzeniem nieprzychylnego losu trzeba było jakkolwiek się w temacie wysilać) i czytać nie będzie.

Książka jest głupia, to przeżytek. Po co mi to skoro mam Internet? Jest Wujek Google i Ciocia Wikipedia, jeśli tam czegoś nie ma to po prostu nie istnieje. Jak cudownie sobie życia nie komplikować. Czegóż trzeba więcej?

Według mnie wiele więcej, ale mogę mówić tylko za siebie, więc powiem czego MNIE potrzeba więcej. 

Kocham zatracanie się w innym świecie, ukrytym na kartach książki, czego nie da mi nic innego. Nie chcę mieć cudzej wizji podanej na tacy, podczas gdy mięśnie potrzebują ćwiczeń fizycznych, dla mózgu treningiem może być przekładanie tekstu na obraz wyobraźni. Daje to pole do popisu dla czynności tak bardzo w tych czasach niedocenianej, jaką jest samodzielne myślenie, bycie nieszablonowym nie ze względu na to, że należę do jakiejś subkultury, czy innego ruchu, ale właśnie dlatego że mimo braku dołączonej instrukcji obsługi, umiem posługiwać się własną mózgownicą, nie jestem baranem ślepo idącym za stadem, moja argumentacja nie opiera się na zwrotach bo tak/bo nie. Czytanie napędza moją ciekawość świata, chęć próbowania czegoś nowego, odwiedzania nowych miejsc, mój głód wiedzy, każda kolejna lektura wnosi coś nowego, a apetyt rośnie w miarę jedzenia (a wraz z tym świadomość jak mało wiem i jak wiele chciałabym się jeszcze dowiedzieć). To wielka pasja, miłość, namiętność, ale czasem także ucieczka, środek do rozładowania napięcia. Danie sobie czasu na ochłonięcie, by potem już na spokojnie przemyśleć sprawę, znaleźć rozwiązanie.

Pewnie jeszcze mogłabym tu coś dopisać, ale to nie być nie wiadomo jak obszerny elaborat. Każdy, kto czyta, sam mógłby tu coś jeszcze dorzucić.


wtorek, 29 października 2013

Okładka jednak ma znaczenie

Nie jest to moje zdanie. Dziś prezentuję coś z praktyki bibliotekarskiej - częstą postawę czytelników. Nie chodzi tylko o młodsze dzieci, czy uczniów w wieku tzw. młodzieżowym, którym teoretycznie by można wybaczyć "srokowatość" w podejściu do książki, nawet nie samej tylko tytułowej dla posta okładki.

Dlaczego teoretycznie?

Bo gdy człowiek-bibliotekarz słyszy w młodocianych ustach wypowiedzianą, z całkowitym przekonaniem o słuszności, tezę "Jak jest większa książka to trzeba więcej czytać" (sic!) tylko ze względu na to, że jedyne czym może poratować opieszałego ucznia (ci bardziej zapobiegliwi przybiegają wcześnie, najczęściej z pytaniem o lekturę z opracowaniem - kolejna zmora tych czasów, bo kto by się przejmował czytaniem ze zrozumieniem, myśleniem nad tekstem, próbą samodzielnej interpretacji?), wypożyczającego lekturę obowiązkową na ostatnią chwilę, to wiekowe wydanie nieco większego formatu. Nie przemawia do takiego osobnika prosta prawda, że jak by ta książka nie wyglądała to zawiera tą samą treść, tą samą liczbę słów.

Ale czy tylko dzieci mają w tym winę? Wszak przykład idzie z góry. Przypatrzmy się więc dorosłym (którzy przecież powinni dawać przykład młodszym pokoleniom, także w sprawie tak ważkiej jak podejście do książki).

Tutaj również nie jest wesoło, bo jeśli dorośli sami ograniczają się najchętniej do ślicznie wydanych, cieszących oko kolorową okładką, nowości, to jak dzieci mają nie iść tym przykładem? Im także nie w smak propozycja nieco starszej wersji pożądanego tytułu, tak jakby wygląd okładki miał zasadniczy wpływ na to co znajdą wewnątrz (czyżby nawrót do filozofii bodaj greckiej czy ateńskiej, że piękno zewnętrzne jest odbiciem piękna wewnętrznego, ale to chyba miało odnosić się do ludzi, a nie książek?). 

A wspólny wybór książek do czytania młodszym pociechom przez rodziców, czy dziadków?

Tutaj także decydującą rolę odgrywa szata graficzna. Nie mówię, że ona nie jest ważna w przypadku, gdy dziecko nie czyta samodzielnie (bo może książkę pooglądać, poopowiadać sobie swoje historyjki do ilustracji), ale czy powinna być to kluczowa kwestia? Czy czytanie dziecku nie powinno pobudzać jego wyobraźni? Tego chyba skuteczniej dokona ciekawa powiastka, okraszona nawet niewielką ilością ilustracji, niż przesłodzono-cukierkowa książeczka o infantylnym do kwadratu tekście, którego w dodatku na stronie tyle co kot napłakał, czyli najlepiej po pół zdania.

Apeluję:
nie oceniajmy książki po okładce, dajmy się miło zaskoczyć przez piękno wewnętrzne, w świecie krzyczącym o piękne okładki ;)


poniedziałek, 28 października 2013

Pisarze pisarzy

Cała rzecz dziś o tłumaczach. Dlaczego akurat o nich?

Wydaje się, że tłumaczenie czegokolwiek (nawet czytanki na język obcy w szkole) to zajęcie odtwórcze, żmudne, zero w tym kreatywności i wkładu własnego. Bo co to za filozofia słowa tekstu w jednym języku zmienić na wyrazy z drugiego języka, innego?

Jak się jednak okazuje, jest to wielka filozofia. Wystarczy tylko porównać przekłady tego samego tekstu w wykonaniu różnych osób (a nie czarując się, czasami książka przez słaby przekład traci wielu potencjalnych czytelników - zaskoczenie dlaczego w jednym kraju coś się sprzedaje, a w innym nie trafi się prawie żaden czytelnik, także w odniesieniu, do tego że czasami przekład potrafi się sprzedawać lepiej od wersji w języku oryginalnym! dzięki świetnej pracy tłumacza książka może zrobić zawrotną "karierę"). Ogólna myśl zostanie za każdym razem ta sama, ale można to ubrać w troszkę inne słowa, oddać inaczej charakter tekstu.

Tłumaczenie to nie czynność mechaniczna, sucha wymiana wyrazów z języka A na język B, tłumaczenie to tak na prawdę pisanie na nowo tej samej książki. To ponowne redagowanie tekstu. Tłumacz to tak właściwie pisarz, który ma jednocześnie łatwe i trudne zadanie. Ma już gotową fabułę, widzi w jakie słowa ubrał tekst i jaką "osobowość" nadał narracji autor, a teraz sam ma dodać coś od siebie, co także w jego ojczystym języku (trochę generalizując, że każdy tłumacz książek przekłada książki z innego języka na swój narodowy) pozwoli książce podobać się czytelnikom.

Dziś więc ukłony w stronę nie zawsze docenianych magików cudzego słowa ;)


niedziela, 27 października 2013

Usprawiedliwienie

Przepraszam za prawie tygodniową przerwę w pisaninie. Związana ona była najpierw  z problemami technicznymi (leżącymi po stronie dostawcy internetu, a tacy jak wiadomo pobierać opłaty za korzystanie z łącza chętnie, ale kto by się szczególnie mocno przejmował usterkami technicznymi, więc wykrycie problemu i naprawa naturalnie trwały troszeczkę), później zaś z moim wyjazdem na studia (a co tam pochwalę się ;) rozpoczęłam już oficjalnie I rok studiów uzupełniających magisterskich, tym razem zgłębiać będę tajniki archiwistyki i zarządzania dokumentacją, mała odmiana po informacji naukowej i bibliotekoznawstwie). 

Obiecuję się poprawić z dodawaniem wpisów od poniedziałku, skoro Internet "wrócił do kabla", a kolejny zjazd za całe dwa tygodnie ;)

Mogę już obiecać parę słów o bardzo przyjemnej serii powieści historycznych (mających sporą szansę spodobać się paniom zaczytanym bardziej w literaturze typowo kobiecej ze względu na niektóre wątki), które połykam właśnie w zawrotnym tempie. Niech żyje intryga dworska!

poniedziałek, 21 października 2013

Hołd dla Królowej Kryminału

Będę oryginalna, nie chodzi o właśnie zmarłą panią Joannę Chmielewską. Książek tej pani nie czytałam, także nie mi się wypowiadać na temat jej twórczości (ale wydaje mi się, że jeszcze nadrobię te braki).

Dla mnie na ten tytuł zasługuje inna kobieta, której teksty stanowią klasykę gatunku. Mowa o pani Agacie Christie.

Pierwszą powieść (powiastkę?), którą pochłonęłam była Noc w bibliotece (sugestywny tytuł, bibliotekarce musiał wpaść w oko ;)).

Jej książki, czy nawet krótkie opowiadania to majstersztyk. Najbardziej misterna intryga okazuje się mieć całkiem proste i logiczne rozwiązanie, bazujące nie na śledztwie rodem z CSI, ale na detektywistycznej dedukcji, parafrazując słowa detektywa Poirot - siedząc w fotelu i myśląc. Osoby sprawcy czytelnik nie może być nigdy pewien. Wszystkie postaci w wykreowanym światku są świetnie zarysowane. 

Niektóre z książek doczekały się ekranizacji. 

Mniej udane to te z osobą Herkulesa Poirot (a wielka szkoda, gdyż na kartach książek to geniusz w ciele śmiesznie wyglądającego człowieczka - moja druga ulubiona postać jej książek). Te zdecydowanie lepsze przeniesienia ekranowe należą do postaci panny Marple (wścibskiej, czy też bardzo spostrzegawczej starej panny, która z miejsca podbiła moje serce), ale tylko w odniesieniu do najnowszych filmów.

Ale nadal, zachęcałabym bardziej do sięgnięcia po książki, by w swojej głowie wyreżyserować dowolny film ;)

piątek, 18 października 2013

Ekshibicjonizm ubrany w słowa

czyli coś o poezji, pamiętnikach i blogach (i inny forach wypowiedzi dostępnych w Sieci).

Te wszystkie formy wbrew pozorom mogą mieć ze sobą wiele wspólnego.

Zanim powstał Internet i człowiek chciał podzielić się swoimi uczuciami, przemyśleniami na większym forum (bądź zamknąć to w szufladzie biurka) pisał. 

Poezja to forma obnażania swoich uczuć przed czytelnikiem, w mniej lub bardziej udatnych słowach, zależnie od warsztatu twórczego autora. Uczucia niby są woalowane (przynajmniej zwykle, metafory i inne środki literackie, od których roi się w utworach lirycznych), ale przecież chodzi o to by odczytać zawarty sens prawda?

Pamiętniki - forma przeze mnie poniekąd podziwiana, wymagająca od autora samozaparcia i systematyczności na dłuższą metę, miesiące lata... Notując je zapisuje się własne odczucia, spostrzeżenia, ktoś to później ma odczytać (twórca po latach z łzą w oku, spadkobiercy zeszytów).

Ale teraz mamy czasy Internetu, prawda? Słynny XXI wiek...

Czy on coś zmienił?

Moim zdaniem bardzo wiele. Zniósł wysiłek w dotarciu do odbiorcy ze swoimi wynurzeniami. Jakby nie było tomik wierszy, czy pamiętniki nie tak łatwo opublikować (wiążą się z tym większe i mniejsze ogarniczenia), nawet listu otwartego nie mamy gwarancję na przyjęcie w gazecie. A Internet to jeden wielki śmietnik takich płodów skołowaciałej myśli ludzkiej jak ten blog. To co teraz piszę (cała zawartość mojego bloga), kogo to obchodzi? Kto dba o wymysły jakiejś tam Moniki Mollus? Nikt. Ja też nie dbam o to co myśli jakiś Kowalski czy Nowak, ale i mnie, i Kowalskiemu, i Nowakowi Internet daje nieprzebrane możliwości w obnażaniu się ze swoimi odczuciami, demonstrowania, wręcz wykrzykiwania swojego zdania na dowolny temat, nie muszę być specjalistą, skomentować mogę, kto mi tego zabroni?

Zapraszam do Internetu - współczesnej globalnej kunstkamery 

czwartek, 17 października 2013

Zmieniony obraz

Królowa Bona Sforza, jedna z najsłynniejszych polskich królowych, ale jak też oceniana, jak ją wspomina się dziś? Na etapie nauki w szkołach nie usłyszałam o tej namaszczonej na władczynię niewieście zbyt wiele dobrych słów. W pamięć zapadło mi tylko to że była brzydka, a także że była matką królów i królowych.

Czy poza tym żona Zygmunta Starego niczego nie dokonała?

Szczerze - nie bardzo mnie to przez dłuższy czas interesowało, historia Polski XVI wieku to nie moje ulubione czasy, więc nie drążyłam tematu co więcej było dziełem księżny włoskiego Bari.


Zmieniło się to, gdy przypadkiem trafiłam na dwutomową powieść Smok w herbie pani Haliny Auderskiej. 

Nie znalazłam w niej nieciekawej niewiasty, która ograniczała się do prezentowania swojego braku urody na dworze i rodzenia dzieci swojemu mężowi (wg opisu książkowego była nawet przystojną kobietą), ale kobietę wielkiego formatu. Taką, która w świecie zdominowanym przez mężczyzn potrafiła się odnaleźć i realizować swoje cele.

Potrafiła dokonać wiele ku zgorszeniu panów szlachty (to jej zasługą min. pomiary włóczne, regulacje prawne, wzmocnienie pozycji władcy w państwie, gdzie władca był coraz bardziej w rękach szlachty, napełnienie świecącego pustkami skarbca królewskiego w kraju, gdzie wg mężczyzn u władzy nie dało się wycisnąć ani grosza). Niezwykle silna i wyrazista osobowość, która potrafiła przekuć swą wolę w czyn.

Szkoda tylko, że mimo swego intelektu, trafności oglądu sytuacji, oceny ludzi wokół (jak widać tylko przeważnie), nie potrafiła znaleźć wrogów w swoim najbliższym otoczeniu. Jednak prawdą jest powiedzenie Panie Boże, chroń mnie przed przyjaciółmi, z wrogami poradzę sobie sam. Smutny był koniec wspaniałej władczyni Polski, jaki? Serdecznie zachęcam do przeczytania powieści, by dowiedzieć się czegoś więcej zarówno o życiu, jak i smutnym końcu ambitnej niewiasty, potrafiącej wywołać istny przewrót w sferach rządzących Rzeczpospolitą w czasach zygmuntowskich.









środa, 16 października 2013

Zakładkowy zawrót głowy

Zakładka - jestem jak najbardziej za :)

Może to trochę zboczenie zawodowe... dbałość o książki to moja mała obsesja. Nie cierpię pozaginanych rogów, porozginanych grzbietów, czy też, w ekstremalnych przypadkach, porozklejanych książek (latające luzem kartki aż mnie bolą).

Jeśli nie mam pod ręką typowej zakładki (czyli lekko sztywniejszego paska papieru przeznaczonego specjalnie do tego celu) to może być cokolwiek... czysty kawałek kartki, paragon, pocztówka, to co znajduje się aktualnie pod ręką.

Szukając inspiracji do zajęć dla dzieci w mojej filii (fajnie, gdy biblioteka prowadzi jakieś dodatkowe akcje poza wymaganym minimum, więc od czasu do czasu i ja coś staram się wymyślać), postanowiłam poszukać jakichś inspiracji zakładkowych. Dlatego też dziś ogarnęło mnie zakładkowe szaleństwo, którym chciałabym się podzielić :)

Tą zrobiłam od razu:






Okazała się całkiem prosta i szybka w wykonaniu (polecam do tego karteczki samoprzylepne, można wtedy przy ostatniej czynności ładnie podkleić skrzydełka, żeby całość się trzymała). Tyle tylko że wychodzi malutkie serduszko ;)












Nad czymś takim się zastanawiam (lepiej samemu stestować zanim zaproponuję dzieciom, dochodzi jeszcze kwestia większej inwestycji w materiały):


Całość opisu wykonania dostępna na stronie: http://www.liveinternet.ru/users/4545652/post231999747/, opis niestety w języku rosyjskim, ale po samych ilustracjach można domyślić się kolejnych kroków.


I zwierzaczki - zabawa z klejeniem, chyba w sam raz dla uczniów podstawówki :)





Było też kilka innych, te wydawały mi się najciekawsze, poza tym, nie ma co się rozpisywać, czy raczej rozpędzać z wklejaniem obrazków, trochę za długa galeria by wyszła.

Może Ktoś jeszcze chciałby się podzielić ciekawymi, zakładkowymi inspiracjami?







Źródła ilustracji:
1. http://30.media.tumblr.com/tumblr_liw2ukx92v1qh2uxgo1_500.jpg
2. http://img0.liveinternet.ru/images/attach/c/4/83/762/83762266_20101103mbtmeokepsach92.jpg
3. http://img.zszywka.pl/1/0072/w_6775/rozrywka/zakladka.jpg


wtorek, 15 października 2013

Mądrości Wschodu

Słynne, nieodmiennie zachwycające Europę i jej mieszkańców. 

Orientalizm fascynuje, prawda? Ten w literaturze także, niezwykła w swej formie i treści poezja (mało słyszy się o prozie za to o liryce sporo - kto nie zna takiej formy jak haiku chociażby?), niezliczone traktaty dotykające różnorakich sfer życia. Słowa proste, a jednocześnie trafiające zawsze w sedno sprawy, spokój, równowaga ducha to jest właśnie to co mi się kojarzy z dalekimi krainami Azji. 

Mnie intryguje od lat pewien tekst (który bardzo długo był poza moim zasięgiem, coś takiego ciężko było odnaleźć na półkach księgarskich, ale nie dawno mi się ta sztuka udała, hurrrrrra! ;)), właściwie to traktat wojenny. Uniwersalne w swej wymowie słowa skreślone przed wiekami przez Sun Tzu - wielkiego generała, stratega i (chyba jak każdy wielki człowiek tamtych czasów) filozofa - nadal pozostają aktualne (nie tylko w kwestiach wojny, czynu militarnego, choć zapewne nie jeden współczesny generał sięga po te mądrości w trakcie planowania strategii walki). Traktat ten to słynna Sztuka wojny.

Ponoć życie to bitwa... Więc chyba nie zaszkodzi mi mała lekcja strategii u samego Mistrza? ;)






poniedziałek, 14 października 2013

Poezja śpiewana

Poezję śpiewaną da się lubić, bo dlaczego nie? Może nie wszystko i nie każdą (wiadomo, są gusta i guściki, a o takowych ponoć się nie dyskutuje). Ja musiałam do poezji śpiewanej dorosnąć, tak jak do kilku innych rzeczy ;)

Nie koniecznie podoba mi się coś takiego, pewnie są osoby, do których to przemawia, ale nie koniecznie i nie całkowicie do mnie:


Wolę utwory niosące inne przesłanie, w odmiennej tonacji i wymowie, mam swoje ulubione, takie, których autorstwo mnie zdumiało, pewnie nie tylko mnie, utwory lekko szokujące...

Te dwa utwory odczarowały dla mnie twórczość Juliana Tuwima, którego wbito w formę wierszoklety dla dzieci, zapominając zupełnie o jego tekstach dla dorosłych, utworach nawet w jakimś stopniu dotykających polityki, a nadal aktualnych:


O opuszczenie tego filmiku proszone są bardzo wrażliwe Osoby ;)




Ponadto godną polecenia w temacie jest dyskografia Starego Dobrego Małżeństwa, ale to może już dla Ambitnych na własną rękę? ;)






Źródło filmików: