piątek, 27 grudnia 2013

Książka spod choinki ;)

Bo czemu i nie, ja nie protestuję wcale przeciwko książkom jako prezent, co moja kochana rodzinka skrzętnie wykorzystuje ostatnimi czasy ;)

Jeśli dobra... bo jak już to książka musi być dobra (zawsze można polemizować, że nie ma złych książek, każdemu podoba się co innego, a jak wiadomo o gustach się nie dyskutuje, chociaż ja mam na to często i gęsto wielką ochotę).


To nic, że już przeczytana i jedna i druga. To dwa kolejne tomy dłuższej historii, w Polsce są już wydane całe cztery, a dwa uważam za dobry początek zbierania całego cyklu. 

Nie miałam na półce, a jak już się przytrafiło, to tylko czeka mnie dokupienie kolejnych części, bo nic tak nie koli w oczy jak niekompletna seria zbierająca kurz na regale :-P 

A abstrahując od tego, uważam, że po prostu warto.

A mowa o książkach pani Debory Harkness, która popełniła serię pt. Księga wszystkich dusz.

Fabuły - tradycyjnie - wolałabym nie omawiać, jeśli Kogoś to bardzo interesuje znajdzie w czeluściach Internetu czegoś takiego na pęczki. Osobiście wolę treść poznawać z samej książki, co to za przyjemność znać historię przed przeczytaniem powieści?

Ode mnie można usłyszeć, że sama historia, pomysł, ciekawe, nawet bardzo (o oryginalność, czy odkrywczość, momentami trudno, ale przecież wszystko zostało już gdzieś opisane). Wszystko jest żywe, kolorowe. 

To takie bardzo przyjemne czytadło na literaturowy seans relaksacyjny, po ciężkim tygodniu pracy czy nauki, kiedy mózg bardziej niż soczystej strawy duchowej potrzebuje lekkiego resetu, najlepiej tak pod kocykiem z kubkiem (w moim łasuchowatym przypadku) gorącej czekolady ;)







Źródło ilustracji:



wtorek, 24 grudnia 2013

Na święta


W dniu dzisiejszym chciałam Wszystkim złożyć serdeczne życzenia. 

Zdrowia, szczęścia, pomyślności,
spełnienia marzeń,
spełnienia i zadowolenia z życia,
na co dzień uśmiechu na twarzy,
a także...
aby nie zabrakło czasu na ciekawą książkę ;)





sobota, 21 grudnia 2013

Dziennik Helgi

Ostatnimi czasy sięgam po różnoraką literaturę obozową czasów nazistowskiego holocaustu. Co prawda to już temat nie tak modny jak jeszcze jakieś parę lat temu, ale coś udaje się odszukać.

Do tej pory czytałam głównie starsze rzeczy będące w zbiorach mojej filii, często wydawane w PRL-u, więc nie czarujmy się - w jakimś stopniu ocenzurowane.

Jakiś czas temu na jednej z wystaw książkowych znalazłam Dziennik Helgi pani Helgi Weissovej (chyba nazwisko mogę odmienić, tak mi się przynajmniej wydaje).

Sądząc z zamieszczonej na propagandy, wydaje się być całkiem ciekawą relacją z interesującego mnie okresu, która nie powinna być w żaden sposób ocenzurowana (ponoć czasy rządów totalitarnych i cenzury wszystkiego w imię tejże szczytnej idei mamy za sobą):

Helga zaczyna pisać dziennik w 1938 roku. Ma wtedy osiem lat i mieszka z rodzicami w Pradze. Rodzina Helgi jest ofiarą pierwszej fali nazistowskiej inwazji. Jej ojciec traci pracę, przed dziewczynką zamykają się drzwi szkoły. Wkrótce dochodzi do pierwszych deportacji; zaczynają znikać przyjaciele i bliscy Helgi. Ona sama, wraz z rodzicami, trafia do getta w Terezinie, skąd po trzyletnim pobycie jej ojciec zostaje przewieziony do Auschwitz. Niedługo jego śladem podążają Helga i jej matka. Dziennik dziewczynki ocaleje zamurowany przez jej wuja w ścianie.


Heldze cudem udaje się przeżyć zarówno pobyt w obozie, jak i tułaczkę ostatnich dni wojny. Ostatecznie wraca do Pragi. Tam uzupełnia swój dziennik. Należy do nielicznej grupy praskich dzieci, które przetrwały Auschwitz.


Jak dla mnie brzmi ciekawie, jeśli jeszcze gdzieś trafię, to nie przepuszczę okazji na zakup ;)





czwartek, 19 grudnia 2013

A gdyby tak "Ominąć święta"?

Jako że idą Święta, warto by poczytać sobie coś nastrojowego :)

Ale dlaczegoż by nie nastrojowego "inaczej"?

Czasami sama mam na to ochotę, jak ponoć bohaterowie prezentowanej powieści, tak bez tej corocznej bieganiny, stresu, zmęczenia, odpocząć, bez musu zrobienia czegokolwiek, wysilania się...

Gdy usłyszałam, że jest o tym książka, postanowiłam zdobyć ją przy najbliższej możliwej okazji. 

Popełnił ją jakiś czas temu pan John Grisham, więc wątpię żeby udało się kupić, ale przecież od czego jest biblioteka? Chyba uda mi się to wykopać w mojej filii... Jest tam spora kolekcja pisaniny tego pana, a coś kojarzę że i to znajdę.


A potem wcielę w życie mój szatański plan. Siądę pod choinką i będę się rozkoszować szczęśliwymi Świętami bez świąt w wykonaniu bohaterów powieści (a przynajmniej na to mam nadzieję, sugerując się tytułem).

Ktoś idzie w moje ślady? ;)




środa, 18 grudnia 2013

Książka a film (czy być może raczej ekranizacja, bądźmy precyzyjni)

Refleksja podyktowana filmową (kinową?) "karierą" czy też jak kto woli filmowym fenomenem adaptacji Hobbita pana Tolkiena, przy której to cudem dla mnie niebywałym jest rozciągnięcie na tyle pełnometrażowych części (a planowane są bodaj trzy) jednej, stosunkowo niedużej objętościowo, w stosunku do całej wcześniej nakręconej trylogii Władcy Pierścieni, książeczki.

Poniżej podsyłam trailer, dla zobrazowania wielkości i rozmachu przedsięwzięcia:


W gruncie rzeczy nie mam nic do adaptacji filmowych, lubię na skutki takich eksperymentów popatrzeć, szczególnie jeśli wcześniej zdążyłam przeczytać tekst, na podstawie którego powstał widoczny na ekranie produkt. Porównać sobie moje wyobrażenie bohaterów, świata książkowego do tego stworzonego wizją reżysera przez cały sztab odpowiednich fachowców.

Jednak teraz coraz częściej, niestety, ekranizacje mnie rozczarowują...

I nie chodzi tutaj o sam obraz filmowy, bo pewnie gdybym nie znała książek, to filmy jak najbardziej by mi odpowiadały, kasowe obsady, budżet wydany na efekty specjalne i scenografię widać, można nawet chwalić, że porządna robota została wykonana by oczarować widza. Chodzi o coś innego - po prostu ekranizacje są uboższe od całego bogactwa zastanego na kartach książki. Dotyczy to głównie zastanej w filmie fabuły, z której wycina się wedle uznania książkowe wątki, zastępuje je czasem innymi, stworzonymi przez scenarzystów, sporadycznie także rozczarowana jestem doborem obsady.

Pod tym obrazkiem więc mogę się więc podpisać obiema rękami ;)






Źródło:

wtorek, 17 grudnia 2013

Obiektywna recenzja

Słysząc ten zwrot krew mnie zalewa.

Ludziska!

Nie ma czegoś takiego jak obiektywna recenzja... To samo w sobie brzmi jak paradoks.

Tak na zdrowy rozsądek, to albo coś jest obiektywne (a przynajmniej stara się być obiektywne, bo coś takiego jak pełen obiektywizm w naturze nie istnieje, nasze osądy są determinowane przez różne czynniki, niezależnie od tego jak bardzo się staramy wysilić na dystans), albo jest recenzją.

Nie będę w tym miejscu przytaczała całej definicji recenzji, nie o to w tym tekście chodzi, a Każdy średnio wykształcony Człowiek wie o czym mowa (a przynajmniej taką mam nadzieję). Jeśli Kogoś temat brylowania w pojęciach bardzo interesuje - poszukiwań Nikomu nie zabraniam ;)

Recenzja - ja mówię co myślę o danym tekście, filmie, przedstawieniu, wydarzeniu itd.

Skoro ja mówię co myślę o czymś, to nie może być to obiektywne. Mówię co myślę - formułuję swoją opinię na jakiś temat, a moja opinia to moje subiektywne odczucie, a nie coś wolnego od uprzedzeń, naleciałości kulturowych i innych uwarunkowań, wśród których przyszło nam żyć. 

Dokładnie - coś. 

Bo jak to mam nazwać? Zdanie? Opinia? Wypowiedź? Przecież te wyrażenia także są już z założenia nacechowane subiektywizmem. Najbliżej obiektywizmu byłoby chyba nazwać to coś twierdzeniem, w końcu twierdzenia naukowe chyba można nazwać w miarę obiektywnymi?

A ten tekst, tak dla upewnienia Czytających go, jest w pełni subiektywny - bo to mnie zalewa krew ;)

piątek, 13 grudnia 2013

Apel do szeroko pojętych mediów i internetowego wolontariatu

Ludziska!

Bardzo cieszy mnie że pamiętacie o rocznicy rozpoczęcia stanu wojennego (chociaż moim zdaniem jest kilka bardziej wartych uwagi i wspominania wydarzeń z przebogatej historii Polski). Tylko może mi ktoś wyjaśnić po co, co roku tyle szumu wszędzie? 

Temat został przewałkowany z każdej strony, a co by człowiek nie włączył to aż go razi w oczy jasnością wybuchu atomówki, gdyż co krok coraz to nowa dyskusja i rewelacja.

Ludki, ja już się czuję w temacie tak bardzo wyedukowana przez Was, światłych Ludzi wszelkich opcji politycznych (czy jakby ich nie nazwać, ale przyjmijmy, że jednak politycznych), że wystarczy mi to zupełnie na dziesięć lat z okładem.

Z wyrazami szacunku i serdecznymi pozdrowieniami
Pożeraczka Książek 
obywatelka setnie umęczona coroczną wizją "świętowania" 13 grudnia




poniedziałek, 9 grudnia 2013

Listy lektur

przykładowa lista
Uprzedzając pierwsze skojarzenia - nie chodzi tu wcale o lektury szkolne (nie psujmy sobie humoru w tak uroczy wieczór). Po prostu nie wiem jak inaczej krótko określić publikowane od czasu do czasu przez różne osoby, instytucje, wydawnictwa itd. listy książek, które powinno się w swoim krótkim, acz bogatym czytelniczo życiu przeczytać.

Zaglądam do takich list z ciekawością, nie powiem że nie. Warto sprawdzić ile z takiej listy pozycji już mam za sobą (najprostszą metodą żeby ogarnąć to dobrze wizualnie to skopiować grafikę - bo w takiej formie to widnieje najczęściej - do painta i tak chamsko sobie powykreślać przeczytane tytuły), co ewentualnie, wg autora zestawienia, powinno się jeszcze przeczytać. Fajna metoda poszukiwania czytadeł przy własnym braku koncepcji na kolejną książkę do pochłonięcia.

Tylko... no nie zawsze i nie wszystko uważam za aż tak wybitne i wspaniałe, by to musiało od razu trafić do takiego spisu. Fascynuje mnie kto i na jakiej zasadzie dobiera tytuły, dlaczego taka właśnie kolejność obowiązuje...

A może by tak pokusić się o stworzenie własnej listy, przekonać się jak to jest kreować takie coś? Hmmmm, myśl warta rozpatrzenia ;)





sobota, 7 grudnia 2013

Świat po Apokalipsie św. Jana


I odpuść nam nasze winy to tytuł książki popełnionej przez pana Romain'a Sardou.

Koncepcja nie powiem - ciekawa, nawet bardzo. Tak pokrętnej intrygi, makabrycznego eksperymentu i (już zupełnie na sam koniec) serii subtelnie popełnionych zbrodni się nie spodziewałam sięgając po tą pozycję.

Nie ma to jak śmiertelnie ryzykowne śledztwo prowadzone przez zupełnie nieświadomych grożącego niebezpieczeństwa ludzi. Macki tajnej organizacji (okrutnych fanatyków myślących, że działają w słuszniej sprawie - dla dobra całego chrześcijaństwa) sięgają bardzo daleko, są w stanie dosięgnąć i "uciszyć na wieki" samego papieża (!).

A wszystko z powodu poćwiartowanych zwłok, ginącego z rąk czarnego charakteru biskupa diecezji zapomnianej przez świat oraz jeszcze bardziej zapomnianej przez świat niewielkiej wioski tej diecezji zagubionej wśród bagien.


Jeśli kogoś interesuje thriller w średniowiecznym wydaniu to nie pozostaje mi nic innego jak tylko zachęcić do sięgnięcia po tą właśnie książeczkę :)




piątek, 6 grudnia 2013

A dziś poświętuję

Proszę więc o wybaczenie, że nie będzie żadnego merytorycznego wpisu. Stało się tak z jednego, pięknego powodu. 

Dziś mianowicie odebrałam mój dyplom licencjata :)

Także niech się dziś pocieszę i poraduję

czwartek, 5 grudnia 2013

Bo to jest książka napisana dla przyjemności

Tytuł posta został zainspirowany tekstem piosenki Republiki Mamona:

http://www.youtube.com/watch?v=wPD5QkHbd7w

(wstawiam link, ponieważ po miksie Youtube'a z google+ dzieją się dziwne rzeczy i nie idzie załadować poprawnie filmiku)

To teraz może jednak przejdę już do książki. W końcu to blog dotykający literatury a nie kącik muzyczny ;) 


A ową tytułową powieścią napisaną dla przyjemności jest Odmieniec pani Philippy Gregory. 


Tekst niewątpliwie lekki w czytaniu. Historia sama się toczy, nikt jej nie musi ciągnąć, czy na siłę popychać do przodu. Nie widać w tym przymusu pisania.

Opisane wydarzenia nie wymagają wielkiego zaangażowania umysłowego - to w końcu nie ciężka rozprawa naukowa, a beletrystyka. Książka dobra do poczytania po męczącym dniu w pracy, żeby się zrelaksować.

To taka typowa powieść historyczno-przygodowa. Z wątkami spisków, tajemnic, zagadek (czyli to co lubię najbardziej) i, a jakże by inaczej, dojrzewającym powoli i nieśmiało wątkiem miłosnym (tego już nie jestem tak gorącą zwolenniczką, jakoś romans sam w sobie mnie nie kręci, ale przecież są i tacy co to lubią). Jeśli ktoś jest wielbicielem historii zakazanej miłości, to ta pozycja jest strzałem w dziesiątkę ;)

Książka ma otwierać serię. Tak przynajmniej wychodzi z założeń podanych przez autorkę - chociaż tego zwykle nie robię i nie lubię to tym razem pobieżnie rzuciłam okiem na tekst znajdujący się zaraz za zakończeniem właściwej treści - oraz "otwartego" zakończenia tego tomu. 

Jeśli tak faktycznie się stanie, to już nie mogę doczekać się kolejnych części przygód młodego inkwizytora, jego pomocników oraz towarzyszących im dwóch niezwykle barwnych dam.






środa, 4 grudnia 2013

Jedyna książka, do której lubię raz na bardzo długi czas wrócić

Ogólnie nie czytam po kilka razy tych samych książek.Jeśli już raz coś przeczytałam to mi wystarczy (byłoby to takie samo jak oglądanie w telewizji powtórek programów, które już się widziało).

Ale dla jednej książki jestem w stanie robić co jakiś czas. Z jednego prostego powodu - za każdym razem gdy do niej zaglądam, znajduję dla siebie w niej coś nowego, podbudowującego.

Jest to w zasadzie niewielka książeczka, objętościowo też szaleństwa nie robi. Wygląd powiedzmy sobie szczerze - niepozorny.

Cała magia i urok kryją  się w środku, w słowach.

Dostałam ją jako nagrodę za świadectwo z paskiem w drugiej klasie szkoły podstawowej (idealnie dobrana książka dla dziecka, nieprawdaż?). Wtedy gdy do niej zajrzałam tekst wydawał mi się bardzo trudny, niezrozumiały, chociaż historia była o dziewczynce takiej jak ja.

Wróciłam do niej po kilku latach i ze zdziwieniem odkryłam jaki to wspaniały i bogaty tekst. Jak bardzo teraz on do mnie trafia i przemawia. 

Książka pana Francoisa Garagnon Jaga i wielkie tajemnice życia to coś cudownego, czytałam ją ze 3 razy już chyba i myślę, że sięgnę po nią jeszcze nie raz.


Jeśli Ktoś także ma ochotę na cudną książkę pełną i zmuszającą do refleksji to serdecznie polecam.




Źródło ilustracji: http://www.poczytaj.pl/1675

poniedziałek, 2 grudnia 2013

Księga o Niewidzialnym

czyli dlaczego nie powinnam zaglądać do księgarni ;)

A było to tak. Dziś szczęśliwym zbiegiem okoliczności z bratem zajrzałam do znajdującej się w mieście nieopodal naszej miejscowości księgarni. Żeby nie było - tym razem był to pomysł brata. Ale dla mnie wizyta taka skończyła się jak zwykle. No ciężko mi wyjść z księgarni bez chociaż jednej książki, kończy się to "odchorowywaniem" niekupionych pozycji.

Do rzeczy kobieto, do rzeczy...

Tym razem więc wypatrzyłam na wystawce nowości, pośród innych ciekawych i wartych zakupienia tytułów, taką oto i śliczną czerwoną książeczkę.

Ponieważ bardzo lubię i cenię dzieła pana Erica-Emmanuela Schmitta to po prostu nie mogłam się opanować. W dodatku do tej pory żadna taka pozycja nie znalazła się w moim księgozbiorze. Teraz to udało się nadrobić ;)

Co prawda jest to zbiorek, moja nie najulubieńsza forma edycji dziełek, ale lepszy zbiorek, niż nie mieć nic.

Dwa utworki są mi już znane, niestety nie miałam ich wcześniej na półce (mowa o Oskarze i pani Róży oraz o Dziecku Noego, czytałam egzemplarze biblioteczne), a i tak chciałam, by mimo przeczytania już wcześniej, znalazły się w mojej biblioteczce. Według mnie to bardzo wartościowe książki.

Jestem strasznie ciekawa co do reszty, tym bardziej, że część to świeżynki na polskim rynku. Do tej pory nikt ich tu nie publikował - warto więc było się skusić.

Teraz tylko poszukać czas na przeczytanie :)



A jaka pointa całej historii?
Jak to dobrze, że pracuję w bibliotece, a nie w księgarni. Z księgarni wypłatę przynosiłabym w książkach ;)