czwartek, 31 października 2013

Na dworze Tudorów nie do końca po kolei

Może jeszcze nie do końca przeczytane, bo seria zawiera całe sześć dość sporych tomów (ze względu na napięty grafik ostatnimi czasy zdążyłam połknąć cztery pierwsze tomy), ale nie mogę się powstrzymać, żeby już nie polecić świetnych książek.

Chodzi tym razem o serię tudorowską pani Philippy Gregory (oficjalna strona www autorki: http://www.philippagregory.com/books, dla osób nie zrażających się czytaniem w języku angielskim), historyk, trzymającej się w swoich dziełach wiernie chronologii wydarzeń, zaistniałych faktów, co doceniam w powieściach historycznych. Bohaterami książek, poza nielicznymi wyjątkami, są postaci faktycznie biorące przed wiekami faktycznie udział w opisywanych zdarzeniach.

Seria obejmuje czasy od przybycia na ziemię angielską i poślubienia przez Katarzynę Aragońską księcia Artura (starszego brata Henryka, późniejszego władcy Anglii ósmego tego imienia), przez wszystkie dalsze małżeństwa pierwszej głowy Kościoła Anglikańskiego, dalej walkę o sukcesję po nim, aż do ostatecznego tryumfu i panowania Elżbiety I.

To co mnie najbardziej urzekło w tych książkach, to sposób prowadzenia narracji. Nie jest ona trzecioosobowa, z punktu widzenia wszystkowiedzącego narratora. Narrator (przynajmniej jak do tej pory) jest uczestnikiem wydarzeń, co pozwala na taki opis wydarzeń, który mimo, że ogólnie historia jest znana, trzyma czytelnika w napięciu do samego końca. Świat i postaci są barwne, wyraziste.

Powieści są idealne dla wielbicieli dworskiej intrygi, romansu... a także tych wszystkich, którzy lubią poznawać historię w zbeletryzowanej wersji (suche fakty typowych opracowań historycznych czasami są nie do przebrnięcia, a coś podanego w takiej, "lekkiej" formie jest zawsze do przełknięcia i przetrawienia, pamiętając przy tym, że powieść nigdy nie jest podręcznikiem, zawiera fakty pomieszane z przyjemną dla ducha fikcją literacką).

Dlaczego tytułowe nie po kolei? Ponieważ swoją przygodę rozpoczęłam z serią od drugiego tomu (który dostałam w prezencie), ale to wcale nie popsuło mi przyjemności czytania, ponieważ ze względu na innego narratora w każdym tomie, inne zawarte wydarzenia, można te książki czytać jako niezależne powieści.







Wszystkie ilustracje pochodzą ze strony (są to okładki przeczytanych przeze mnie tomów, na podanej stronie Zainteresowani znajdą wszystkie części, łącznie z krótkimi streszczeniami zawartości poszczególnych tomów): http://publicat.pl/ksiaznica/oferta/serie/cykl-tudorowski_71,2431.html

środa, 30 października 2013

Duma z nieczytania

Z moich obserwacji wynika, że jest to postawa niesłychanie popularna i modna (szczególnie wśród młodzieży w wieku buntu młodzieńczego, ale i coraz częściej wśród osób, które burzę hormonalną okresu dojrzewania mają już za sobą). Bez żenady mówić o tym, że się nie czyta, nie czytało (no poza traumatycznym okresem szkolnym, gdzie zrządzeniem nieprzychylnego losu trzeba było jakkolwiek się w temacie wysilać) i czytać nie będzie.

Książka jest głupia, to przeżytek. Po co mi to skoro mam Internet? Jest Wujek Google i Ciocia Wikipedia, jeśli tam czegoś nie ma to po prostu nie istnieje. Jak cudownie sobie życia nie komplikować. Czegóż trzeba więcej?

Według mnie wiele więcej, ale mogę mówić tylko za siebie, więc powiem czego MNIE potrzeba więcej. 

Kocham zatracanie się w innym świecie, ukrytym na kartach książki, czego nie da mi nic innego. Nie chcę mieć cudzej wizji podanej na tacy, podczas gdy mięśnie potrzebują ćwiczeń fizycznych, dla mózgu treningiem może być przekładanie tekstu na obraz wyobraźni. Daje to pole do popisu dla czynności tak bardzo w tych czasach niedocenianej, jaką jest samodzielne myślenie, bycie nieszablonowym nie ze względu na to, że należę do jakiejś subkultury, czy innego ruchu, ale właśnie dlatego że mimo braku dołączonej instrukcji obsługi, umiem posługiwać się własną mózgownicą, nie jestem baranem ślepo idącym za stadem, moja argumentacja nie opiera się na zwrotach bo tak/bo nie. Czytanie napędza moją ciekawość świata, chęć próbowania czegoś nowego, odwiedzania nowych miejsc, mój głód wiedzy, każda kolejna lektura wnosi coś nowego, a apetyt rośnie w miarę jedzenia (a wraz z tym świadomość jak mało wiem i jak wiele chciałabym się jeszcze dowiedzieć). To wielka pasja, miłość, namiętność, ale czasem także ucieczka, środek do rozładowania napięcia. Danie sobie czasu na ochłonięcie, by potem już na spokojnie przemyśleć sprawę, znaleźć rozwiązanie.

Pewnie jeszcze mogłabym tu coś dopisać, ale to nie być nie wiadomo jak obszerny elaborat. Każdy, kto czyta, sam mógłby tu coś jeszcze dorzucić.


wtorek, 29 października 2013

Okładka jednak ma znaczenie

Nie jest to moje zdanie. Dziś prezentuję coś z praktyki bibliotekarskiej - częstą postawę czytelników. Nie chodzi tylko o młodsze dzieci, czy uczniów w wieku tzw. młodzieżowym, którym teoretycznie by można wybaczyć "srokowatość" w podejściu do książki, nawet nie samej tylko tytułowej dla posta okładki.

Dlaczego teoretycznie?

Bo gdy człowiek-bibliotekarz słyszy w młodocianych ustach wypowiedzianą, z całkowitym przekonaniem o słuszności, tezę "Jak jest większa książka to trzeba więcej czytać" (sic!) tylko ze względu na to, że jedyne czym może poratować opieszałego ucznia (ci bardziej zapobiegliwi przybiegają wcześnie, najczęściej z pytaniem o lekturę z opracowaniem - kolejna zmora tych czasów, bo kto by się przejmował czytaniem ze zrozumieniem, myśleniem nad tekstem, próbą samodzielnej interpretacji?), wypożyczającego lekturę obowiązkową na ostatnią chwilę, to wiekowe wydanie nieco większego formatu. Nie przemawia do takiego osobnika prosta prawda, że jak by ta książka nie wyglądała to zawiera tą samą treść, tą samą liczbę słów.

Ale czy tylko dzieci mają w tym winę? Wszak przykład idzie z góry. Przypatrzmy się więc dorosłym (którzy przecież powinni dawać przykład młodszym pokoleniom, także w sprawie tak ważkiej jak podejście do książki).

Tutaj również nie jest wesoło, bo jeśli dorośli sami ograniczają się najchętniej do ślicznie wydanych, cieszących oko kolorową okładką, nowości, to jak dzieci mają nie iść tym przykładem? Im także nie w smak propozycja nieco starszej wersji pożądanego tytułu, tak jakby wygląd okładki miał zasadniczy wpływ na to co znajdą wewnątrz (czyżby nawrót do filozofii bodaj greckiej czy ateńskiej, że piękno zewnętrzne jest odbiciem piękna wewnętrznego, ale to chyba miało odnosić się do ludzi, a nie książek?). 

A wspólny wybór książek do czytania młodszym pociechom przez rodziców, czy dziadków?

Tutaj także decydującą rolę odgrywa szata graficzna. Nie mówię, że ona nie jest ważna w przypadku, gdy dziecko nie czyta samodzielnie (bo może książkę pooglądać, poopowiadać sobie swoje historyjki do ilustracji), ale czy powinna być to kluczowa kwestia? Czy czytanie dziecku nie powinno pobudzać jego wyobraźni? Tego chyba skuteczniej dokona ciekawa powiastka, okraszona nawet niewielką ilością ilustracji, niż przesłodzono-cukierkowa książeczka o infantylnym do kwadratu tekście, którego w dodatku na stronie tyle co kot napłakał, czyli najlepiej po pół zdania.

Apeluję:
nie oceniajmy książki po okładce, dajmy się miło zaskoczyć przez piękno wewnętrzne, w świecie krzyczącym o piękne okładki ;)


poniedziałek, 28 października 2013

Pisarze pisarzy

Cała rzecz dziś o tłumaczach. Dlaczego akurat o nich?

Wydaje się, że tłumaczenie czegokolwiek (nawet czytanki na język obcy w szkole) to zajęcie odtwórcze, żmudne, zero w tym kreatywności i wkładu własnego. Bo co to za filozofia słowa tekstu w jednym języku zmienić na wyrazy z drugiego języka, innego?

Jak się jednak okazuje, jest to wielka filozofia. Wystarczy tylko porównać przekłady tego samego tekstu w wykonaniu różnych osób (a nie czarując się, czasami książka przez słaby przekład traci wielu potencjalnych czytelników - zaskoczenie dlaczego w jednym kraju coś się sprzedaje, a w innym nie trafi się prawie żaden czytelnik, także w odniesieniu, do tego że czasami przekład potrafi się sprzedawać lepiej od wersji w języku oryginalnym! dzięki świetnej pracy tłumacza książka może zrobić zawrotną "karierę"). Ogólna myśl zostanie za każdym razem ta sama, ale można to ubrać w troszkę inne słowa, oddać inaczej charakter tekstu.

Tłumaczenie to nie czynność mechaniczna, sucha wymiana wyrazów z języka A na język B, tłumaczenie to tak na prawdę pisanie na nowo tej samej książki. To ponowne redagowanie tekstu. Tłumacz to tak właściwie pisarz, który ma jednocześnie łatwe i trudne zadanie. Ma już gotową fabułę, widzi w jakie słowa ubrał tekst i jaką "osobowość" nadał narracji autor, a teraz sam ma dodać coś od siebie, co także w jego ojczystym języku (trochę generalizując, że każdy tłumacz książek przekłada książki z innego języka na swój narodowy) pozwoli książce podobać się czytelnikom.

Dziś więc ukłony w stronę nie zawsze docenianych magików cudzego słowa ;)


niedziela, 27 października 2013

Usprawiedliwienie

Przepraszam za prawie tygodniową przerwę w pisaninie. Związana ona była najpierw  z problemami technicznymi (leżącymi po stronie dostawcy internetu, a tacy jak wiadomo pobierać opłaty za korzystanie z łącza chętnie, ale kto by się szczególnie mocno przejmował usterkami technicznymi, więc wykrycie problemu i naprawa naturalnie trwały troszeczkę), później zaś z moim wyjazdem na studia (a co tam pochwalę się ;) rozpoczęłam już oficjalnie I rok studiów uzupełniających magisterskich, tym razem zgłębiać będę tajniki archiwistyki i zarządzania dokumentacją, mała odmiana po informacji naukowej i bibliotekoznawstwie). 

Obiecuję się poprawić z dodawaniem wpisów od poniedziałku, skoro Internet "wrócił do kabla", a kolejny zjazd za całe dwa tygodnie ;)

Mogę już obiecać parę słów o bardzo przyjemnej serii powieści historycznych (mających sporą szansę spodobać się paniom zaczytanym bardziej w literaturze typowo kobiecej ze względu na niektóre wątki), które połykam właśnie w zawrotnym tempie. Niech żyje intryga dworska!

poniedziałek, 21 października 2013

Hołd dla Królowej Kryminału

Będę oryginalna, nie chodzi o właśnie zmarłą panią Joannę Chmielewską. Książek tej pani nie czytałam, także nie mi się wypowiadać na temat jej twórczości (ale wydaje mi się, że jeszcze nadrobię te braki).

Dla mnie na ten tytuł zasługuje inna kobieta, której teksty stanowią klasykę gatunku. Mowa o pani Agacie Christie.

Pierwszą powieść (powiastkę?), którą pochłonęłam była Noc w bibliotece (sugestywny tytuł, bibliotekarce musiał wpaść w oko ;)).

Jej książki, czy nawet krótkie opowiadania to majstersztyk. Najbardziej misterna intryga okazuje się mieć całkiem proste i logiczne rozwiązanie, bazujące nie na śledztwie rodem z CSI, ale na detektywistycznej dedukcji, parafrazując słowa detektywa Poirot - siedząc w fotelu i myśląc. Osoby sprawcy czytelnik nie może być nigdy pewien. Wszystkie postaci w wykreowanym światku są świetnie zarysowane. 

Niektóre z książek doczekały się ekranizacji. 

Mniej udane to te z osobą Herkulesa Poirot (a wielka szkoda, gdyż na kartach książek to geniusz w ciele śmiesznie wyglądającego człowieczka - moja druga ulubiona postać jej książek). Te zdecydowanie lepsze przeniesienia ekranowe należą do postaci panny Marple (wścibskiej, czy też bardzo spostrzegawczej starej panny, która z miejsca podbiła moje serce), ale tylko w odniesieniu do najnowszych filmów.

Ale nadal, zachęcałabym bardziej do sięgnięcia po książki, by w swojej głowie wyreżyserować dowolny film ;)

piątek, 18 października 2013

Ekshibicjonizm ubrany w słowa

czyli coś o poezji, pamiętnikach i blogach (i inny forach wypowiedzi dostępnych w Sieci).

Te wszystkie formy wbrew pozorom mogą mieć ze sobą wiele wspólnego.

Zanim powstał Internet i człowiek chciał podzielić się swoimi uczuciami, przemyśleniami na większym forum (bądź zamknąć to w szufladzie biurka) pisał. 

Poezja to forma obnażania swoich uczuć przed czytelnikiem, w mniej lub bardziej udatnych słowach, zależnie od warsztatu twórczego autora. Uczucia niby są woalowane (przynajmniej zwykle, metafory i inne środki literackie, od których roi się w utworach lirycznych), ale przecież chodzi o to by odczytać zawarty sens prawda?

Pamiętniki - forma przeze mnie poniekąd podziwiana, wymagająca od autora samozaparcia i systematyczności na dłuższą metę, miesiące lata... Notując je zapisuje się własne odczucia, spostrzeżenia, ktoś to później ma odczytać (twórca po latach z łzą w oku, spadkobiercy zeszytów).

Ale teraz mamy czasy Internetu, prawda? Słynny XXI wiek...

Czy on coś zmienił?

Moim zdaniem bardzo wiele. Zniósł wysiłek w dotarciu do odbiorcy ze swoimi wynurzeniami. Jakby nie było tomik wierszy, czy pamiętniki nie tak łatwo opublikować (wiążą się z tym większe i mniejsze ogarniczenia), nawet listu otwartego nie mamy gwarancję na przyjęcie w gazecie. A Internet to jeden wielki śmietnik takich płodów skołowaciałej myśli ludzkiej jak ten blog. To co teraz piszę (cała zawartość mojego bloga), kogo to obchodzi? Kto dba o wymysły jakiejś tam Moniki Mollus? Nikt. Ja też nie dbam o to co myśli jakiś Kowalski czy Nowak, ale i mnie, i Kowalskiemu, i Nowakowi Internet daje nieprzebrane możliwości w obnażaniu się ze swoimi odczuciami, demonstrowania, wręcz wykrzykiwania swojego zdania na dowolny temat, nie muszę być specjalistą, skomentować mogę, kto mi tego zabroni?

Zapraszam do Internetu - współczesnej globalnej kunstkamery 

czwartek, 17 października 2013

Zmieniony obraz

Królowa Bona Sforza, jedna z najsłynniejszych polskich królowych, ale jak też oceniana, jak ją wspomina się dziś? Na etapie nauki w szkołach nie usłyszałam o tej namaszczonej na władczynię niewieście zbyt wiele dobrych słów. W pamięć zapadło mi tylko to że była brzydka, a także że była matką królów i królowych.

Czy poza tym żona Zygmunta Starego niczego nie dokonała?

Szczerze - nie bardzo mnie to przez dłuższy czas interesowało, historia Polski XVI wieku to nie moje ulubione czasy, więc nie drążyłam tematu co więcej było dziełem księżny włoskiego Bari.


Zmieniło się to, gdy przypadkiem trafiłam na dwutomową powieść Smok w herbie pani Haliny Auderskiej. 

Nie znalazłam w niej nieciekawej niewiasty, która ograniczała się do prezentowania swojego braku urody na dworze i rodzenia dzieci swojemu mężowi (wg opisu książkowego była nawet przystojną kobietą), ale kobietę wielkiego formatu. Taką, która w świecie zdominowanym przez mężczyzn potrafiła się odnaleźć i realizować swoje cele.

Potrafiła dokonać wiele ku zgorszeniu panów szlachty (to jej zasługą min. pomiary włóczne, regulacje prawne, wzmocnienie pozycji władcy w państwie, gdzie władca był coraz bardziej w rękach szlachty, napełnienie świecącego pustkami skarbca królewskiego w kraju, gdzie wg mężczyzn u władzy nie dało się wycisnąć ani grosza). Niezwykle silna i wyrazista osobowość, która potrafiła przekuć swą wolę w czyn.

Szkoda tylko, że mimo swego intelektu, trafności oglądu sytuacji, oceny ludzi wokół (jak widać tylko przeważnie), nie potrafiła znaleźć wrogów w swoim najbliższym otoczeniu. Jednak prawdą jest powiedzenie Panie Boże, chroń mnie przed przyjaciółmi, z wrogami poradzę sobie sam. Smutny był koniec wspaniałej władczyni Polski, jaki? Serdecznie zachęcam do przeczytania powieści, by dowiedzieć się czegoś więcej zarówno o życiu, jak i smutnym końcu ambitnej niewiasty, potrafiącej wywołać istny przewrót w sferach rządzących Rzeczpospolitą w czasach zygmuntowskich.









środa, 16 października 2013

Zakładkowy zawrót głowy

Zakładka - jestem jak najbardziej za :)

Może to trochę zboczenie zawodowe... dbałość o książki to moja mała obsesja. Nie cierpię pozaginanych rogów, porozginanych grzbietów, czy też, w ekstremalnych przypadkach, porozklejanych książek (latające luzem kartki aż mnie bolą).

Jeśli nie mam pod ręką typowej zakładki (czyli lekko sztywniejszego paska papieru przeznaczonego specjalnie do tego celu) to może być cokolwiek... czysty kawałek kartki, paragon, pocztówka, to co znajduje się aktualnie pod ręką.

Szukając inspiracji do zajęć dla dzieci w mojej filii (fajnie, gdy biblioteka prowadzi jakieś dodatkowe akcje poza wymaganym minimum, więc od czasu do czasu i ja coś staram się wymyślać), postanowiłam poszukać jakichś inspiracji zakładkowych. Dlatego też dziś ogarnęło mnie zakładkowe szaleństwo, którym chciałabym się podzielić :)

Tą zrobiłam od razu:






Okazała się całkiem prosta i szybka w wykonaniu (polecam do tego karteczki samoprzylepne, można wtedy przy ostatniej czynności ładnie podkleić skrzydełka, żeby całość się trzymała). Tyle tylko że wychodzi malutkie serduszko ;)












Nad czymś takim się zastanawiam (lepiej samemu stestować zanim zaproponuję dzieciom, dochodzi jeszcze kwestia większej inwestycji w materiały):


Całość opisu wykonania dostępna na stronie: http://www.liveinternet.ru/users/4545652/post231999747/, opis niestety w języku rosyjskim, ale po samych ilustracjach można domyślić się kolejnych kroków.


I zwierzaczki - zabawa z klejeniem, chyba w sam raz dla uczniów podstawówki :)





Było też kilka innych, te wydawały mi się najciekawsze, poza tym, nie ma co się rozpisywać, czy raczej rozpędzać z wklejaniem obrazków, trochę za długa galeria by wyszła.

Może Ktoś jeszcze chciałby się podzielić ciekawymi, zakładkowymi inspiracjami?







Źródła ilustracji:
1. http://30.media.tumblr.com/tumblr_liw2ukx92v1qh2uxgo1_500.jpg
2. http://img0.liveinternet.ru/images/attach/c/4/83/762/83762266_20101103mbtmeokepsach92.jpg
3. http://img.zszywka.pl/1/0072/w_6775/rozrywka/zakladka.jpg


wtorek, 15 października 2013

Mądrości Wschodu

Słynne, nieodmiennie zachwycające Europę i jej mieszkańców. 

Orientalizm fascynuje, prawda? Ten w literaturze także, niezwykła w swej formie i treści poezja (mało słyszy się o prozie za to o liryce sporo - kto nie zna takiej formy jak haiku chociażby?), niezliczone traktaty dotykające różnorakich sfer życia. Słowa proste, a jednocześnie trafiające zawsze w sedno sprawy, spokój, równowaga ducha to jest właśnie to co mi się kojarzy z dalekimi krainami Azji. 

Mnie intryguje od lat pewien tekst (który bardzo długo był poza moim zasięgiem, coś takiego ciężko było odnaleźć na półkach księgarskich, ale nie dawno mi się ta sztuka udała, hurrrrrra! ;)), właściwie to traktat wojenny. Uniwersalne w swej wymowie słowa skreślone przed wiekami przez Sun Tzu - wielkiego generała, stratega i (chyba jak każdy wielki człowiek tamtych czasów) filozofa - nadal pozostają aktualne (nie tylko w kwestiach wojny, czynu militarnego, choć zapewne nie jeden współczesny generał sięga po te mądrości w trakcie planowania strategii walki). Traktat ten to słynna Sztuka wojny.

Ponoć życie to bitwa... Więc chyba nie zaszkodzi mi mała lekcja strategii u samego Mistrza? ;)






poniedziałek, 14 października 2013

Poezja śpiewana

Poezję śpiewaną da się lubić, bo dlaczego nie? Może nie wszystko i nie każdą (wiadomo, są gusta i guściki, a o takowych ponoć się nie dyskutuje). Ja musiałam do poezji śpiewanej dorosnąć, tak jak do kilku innych rzeczy ;)

Nie koniecznie podoba mi się coś takiego, pewnie są osoby, do których to przemawia, ale nie koniecznie i nie całkowicie do mnie:


Wolę utwory niosące inne przesłanie, w odmiennej tonacji i wymowie, mam swoje ulubione, takie, których autorstwo mnie zdumiało, pewnie nie tylko mnie, utwory lekko szokujące...

Te dwa utwory odczarowały dla mnie twórczość Juliana Tuwima, którego wbito w formę wierszoklety dla dzieci, zapominając zupełnie o jego tekstach dla dorosłych, utworach nawet w jakimś stopniu dotykających polityki, a nadal aktualnych:


O opuszczenie tego filmiku proszone są bardzo wrażliwe Osoby ;)




Ponadto godną polecenia w temacie jest dyskografia Starego Dobrego Małżeństwa, ale to może już dla Ambitnych na własną rękę? ;)






Źródło filmików: 

piątek, 11 października 2013

Gdyby nie Harry Potter...

Co pomyślę o tej serii to właśnie takie westchnienie mi się wyrywa. Chodzi mianowicie o serię książek o przygodach nastoletniego Artemisa Fowla autorstwa Eoina Colfera. Seria świetna, przyjemna przygodówka, której fabuła przykuwała mnie do siebie na całe godziny, toczy się w świecie ludzi i wróżek. Pełna humoru, ciepła, obfitująca w nagłe zwroty akcji. 

Czemu ta seria nie zdobyła zbytniej popularności w naszym pięknym nadwiślańskim kraju? Z bardzo ale to bardzo prostego powodu...

Wychodziła w nieco złym czasie dla siebie (lata 2002-2009 sześć kolejnych tomów o jednolitej szacie, w 2011 wyszedł ostatni tom serii, niestety w zmienionej odsłonie :( - jedyny tom jakiego nie posiadam na półce, ale bardziej niż o względy estetyczne poszło o to że z takich książek już wyrosłam, jakby nie było latka lecą, nie ma się już nastu lat, dla których ta seria została stworzona ;)). A było to wtedy, gdy umysły wszystkich maniaków zaprzątał Harry Potter i jego kolejne części (lata 2000-2008 w Polsce), jakby nie było akcja marketingowa była tak rozbuchana, że praktycznie nie słyszało się o innych tytułach książek młodzieżowych fetując wejście kolejnego Pottera na półki księgarń lub czekając w napięciu aż enty tom zostanie napisany i wydany.

Jak widać machina marketingowa na potrzeby bestsellerów potrafi napsuć czytelnictwo innym książkom, które same z siebie mogłyby stać się poczytne. Moim zdaniem tak było w tym przypadku.

Mam nadzieje, że może teraz znajdą się chętni by poznać przygody młodego genialnego Artemisa Fowla Drugiego, niezastąpionego w sytuacjach kryzysowych Butlera, uroczej kapitan Holly Niedużej i przezabawnego centaura Ogierka.

Przepraszam że nic konkretnie o losach bohaterów (nie lubię streszczać fabuły książki, wolę zainteresować ogólniejszą opinią, niż psuć komuś przyjemność lektury opowiadając mu co się wydarzy), ale być może już i to co napisałam powyżej skłoni kogoś do przeczytania, albo polecenia młodszej młodzieży akurat tej serii ;)






czwartek, 10 października 2013

Memy książkowe

Memy (czyli w tym przypadku uściślając obrazki z podpisami, czy też w formie grafik z cytatami) są popularną formą radosnej twórczości internautów (na prawdę radosnej).

Można je spotkać w różnych miejscach, od portali społecznościowych, przez fora, blogi, po specjalnie stworzone dla nich portale czy strony. Najsłynniejszymi (a przynajmniej tymi, które ja znam i odwiedzam) są demotywatory.pl (http://demotywatory.pl/) oraz kwejk.pl (http://kwejk.pl/)



Co to ma wspólnego z książką? No trochę ma. Można tam od czasu do czasu trafić i na książkowe memy (tak! na prawdę istnieją :)), kompilacje plakatów akcji proczytelniczych, ostatnio nawet i na filmiki ;)

Aleeeeee

jeśli jest się bardziej książkowo-zakręconym, a chciałoby się połączyć to z przeglądaniem, czy tworzeniem memów o tej tematyce, to z czystym sercem mogę zarekomendować serwis wąchamksiążki.pl (http://www.wachamksiazki.pl/).




Można tam naleźć wiele ciekawych inspiracji, interesujących zdjęć wnętrz z książkami w roli głównej, świetnie wybranych cytatów i wiele innych...

Jednym słowem:
Polecam ;)

Miłego przeglądania ;)





Źródło ilustracji: http://www.wachamksiazki.pl/images/logowacham2.png

środa, 9 października 2013

Wielki (?) Gatsby

Książka przeczytana ze względu na rozgłos (czy może raczej zabiegi marketingowe - czego przykładem zwiastun poniżej) filmu. Nie, nie oglądałam najnowszej ekranizacji, ani żadnej wcześniejszej, po prostu byłam ciekawa o co tyle szumu, ponoć film kasowy, obsada świetna, a wychodząc z założenia że książka jest o niebo lepsza od filmu na podstawie, sięgnęłam po ten tytuł.


Powieść prowadzona z pierwszej osoby, okraszona sporą ilością przemyśleń bohatera wydarzeń i jednocześnie narratora Nicka Carraway'a (jak dla mnie takie coś ciężkie do zekranizowania - przemyślenia nie wyglądają na ekranie, tego nie da się oddać tak żeby nie było nudne, nużące). 
Sama historia tragiczna i smutna, nie ma happy endu. To nie piękna bajka dla dorosłych, bajką jest krótko, przez ułamek stron, by piękny sen, spełnienie marzeń pielęgnowanych latami rozbiło się o szarą rzeczywistość, by wszystko ostatecznie zakończyło się tragedią - śmiercią jednego, samotnością drugiego bohatera (czym dla którego zostawiam dla dociekliwych, którzy zechcą sięgnąć po książkę). W tym przypadku świat książki nie jest piękniejszy czy lepszy od tego, który nas otacza, ale chyba taki ma właśnie w tej książce być. 
Jeśli ktoś szuka pocieszenia, nadziei, otuchy to nie pod tym adresem.



Źródło nagrania: http://www.youtube.com/watch?v=sLTSvnsidXE

wtorek, 8 października 2013

Żołnierze Wyklęci

Kiedyś (czytaj w PRLu) publikacje o nich [Żołnierzach Wyklętych] byłyby nie do pomyślenia, gdy już można było o takich myśleć - to ich po prostu nie było, nie słyszało się o nich, a nawet jeśli prawdopodobnie coś się ukazywało to osobiście w księgarniach nie spotkałam.

Temat niezwykle ciekawy i wciągający, przez dekady pomijany z różnych względów. Teraz przebojem wkracza tak do księgarń, jak też do programów telewizyjnych, filmów (np. projekt Pilecki, zainteresowanych odsyłam pod adres: http://projektpilecki.pl/), dyskusji tych mniej i bardziej medialnych.

Czyżby zapanowała nowa moda? Moim zdaniem - możliwe. Ale jeśli nawet to moda, to tym razem chwała owej modzie za to, mogę rzec, że nareszcie jest to pozytywna moda, produktywna i budująca.

Chętnie sama poczytałabym coś na ten temat. Mam już nawet upatrzoną publikację, którą chętnie "połknę" w sprzyjających okolicznościach:

Jest to książka dr Joanny Wieliczki-Szarakowej  Żołnierze Wyklęci. Niezłomni bohaterowie

Pani doktor jest historykiem, dla mnie postacią nieco tajemniczą, gdyż ciężko znaleźć coś o niej w sieci (a ponoć czego nie ma w googlach to nie istnieje ;p) - jedyne na co trafiłam w swoich poszukiwaniach to wywiad dla serwisu wp.pl: http://wiadomosci.wp.pl/kat,124402,opage,10,title,Autorka-ksiazki-o-Zolnierzach-Wykletych-przezyli-niewyobrazalne-pieklo,wid,15375202,wiadomosc.html.

Z opisu znalezionego w księgrani wydawnictwa AA (jeśli tak to mogę określić, link do całości podany poniżej w kolejnym akapicie):

Autorka kreśli sylwetki żołnierzy, opowiada o ich dramatycznych losach oraz tłumaczy, dlaczego zostali „wyklęci”.
To jest książka o trzydziestu trzech dowódcach i ich żołnierzach, wybranych spośród wielu tysięcy uczestnikówostatniego niepodległościowego powstania. Joanna Wieliczka-Szarkowa opowiada o ludziach, o których historia miała zapomnieć. Ale historia nigdy nie zapomina. A Polska dziś coraz mocniej upomina się o ich pamięć i sławę.
Walczyli na przekór jałtańskiej kapitulacji zachodnich aliantów. Walczyli o suwerenne państwo, o żołnierski honor, oprawo do normalnego życia. Walczyli z nadzieją, że sprawiedliwość zwycięży, a kara dosięgnie sowieckich okupantów i ich polskich kolaborantów. Chociaż dziś nazywamy ich żołnierzami wyklętymi, oni sami uważali się tylko za żołnierzy słusznej sprawy. Wielu z nich walczyło do końca, do śmierci z rak wroga. Często nadal nie znamy ich grobów. Ale byli sumieniem Polski i dla następnych pokoleń wysoko wyznaczyli miarę wierności Ojczyźnie.
Prof. dr hab. Ryszard Terlecki

Świeżynka z półek księgarskich tego roku - http://www.religijna.pl/zolnierze-wykleci-joanna-wieliczka-szarkowa . Niestety link odsyła do księgarni, oferta wydawnictwa AA nie jest zamieszczona w żaden inny sposób na ich stronie internetowej, odsyłającej właśnie do tej księgarni internetowej.





poniedziałek, 7 października 2013

Tarantule pani Iwony

Książka z działu nowości w mojej bibliotece. Jako, że warto wiedzieć co ma się na półce, czy książka godna polecenia czytelnikom, staram się przynajmniej część nabytków przeczytać. Szczególnie tych o niejednoznacznym tytule. 

Bo co ten tytuł tak na prawdę mówi osobie, która po książkę sięga, o zawartości? Mi nie mówiło to kompletnie nic, ale może to był właśnie główny powód, by ta książka właśnie została przeczytana.

Właściwie zależy od tego co kto w tej książce będzie szukał. Może to być dla historia Kopciuszka trudnych czasów drugiej wojny światowej (jeśli skupić się na losach głównej bohaterki). Dla kogoś innego może to być "studium" obyczajowości tamtych czasów ubrane w ładną historię (bo czemu nie? autorce nie można zarzucić braku dbałości o realia). A co z gładkim opisem narodzin, rozwoju i nieco przemilczanym upadku nazizmu? Podejściem społeczeństwa Rzeszy do tematu (obserwacji i współżycia z tytułowymi tarantulami)? Mnie właśnie te ostatnie pytanie frapowały coraz bardziej w miarę zaznajamiania się z treścią książki.

Kapitalnie oddany klimat lat 30-tych ubiegłego wieku. Berlin tamtej epoki uwodzi i czaruje czytelnika ;)

Samej treści fabuły książki nie chciałabym zdradzać. Jeśli Ktoś chciałby poznać tą powieść od tej strony przed sięgnięciem po książkę poniżej link do opisu ze strony wydawnictwa MG:






piątek, 4 października 2013

Pierwszy wpis...

i totalnie brak mi koncepcji co się tutaj powinno pojawić. Tysiące pomysłów kłębi się w głowie, ale czy którykolwiek nadaje się na "tekst otwierający"?

Niechaj więc będzie zastanowieniem o czym chciałabym dalej pisać. 

Może o "upolitycznieniu" pani Szymborskiej (wielokrotnie zasłyszane coś w stylu: tej komunistki, ani o tej komunistce, czytać nie będę). Marzy mi się "oddziecięcenie" pana Tuwima - w końcu nie jedyny tekst tego pana to Lokomotywa. A gdyby zahaczyć w tym wszystkim jeszcze o pana Fredrę? Podejrzewam że kroi mi się tutaj niezła mieszanka wybuchowa ;) Mam chrapkę na odbrązawianie pomników (nie tylko tych literackich, na podstawie co ciekawszej literatury można by i do co ciekawszych postaci historycznych "się dobrać" - w tym miejscu też upraszam o tolerancję i odrobinę zrozumienia dla drugiej mojej miłości poza czytaniem, jaką jest historia, a ulubionym połączeniem jest powieść historyczna, dla której mam nadzieję znajdzie się tu i w gustach Szanownych Czytelników przestrzeń ;)).

Oklepanym trochę by było rozczulanie się nad coraz to nowymi spisami lektur szkolnych, ale czemu nie? Ja też mam prawo zabrać w tej sprawie głos, wyrazić swoje niezadowolenie, bo chociaż bym chciała to do chwalenia w temacie nie za wiele. Problemu samej edukacji lepiej nie poruszać - to temat-rzeka, a blog ma być nie polityczny, a dotyczący literatury (co nie znaczy że odniesień politycznych zabraknie).

Hmmmm... Na nowe technologie w świecie książki też powninnam znaleźć miejsce, bo co z chociażby z Internetem? Nie wspominając o takich nowinkach jak czytniki, e-booki różnej maści i wiele innych...

Wiele innych, myślę że to dobre zakończenie, bo zapewne pojawi się i wiele innych tematów. Mam nadzieję, że nie będą one wychodziły tylko ode mnie ;)