Słysząc ten zwrot krew mnie zalewa.
Ludziska!
Nie ma czegoś takiego jak obiektywna recenzja... To samo w sobie brzmi jak paradoks.
Tak na zdrowy rozsądek, to albo coś jest obiektywne (a przynajmniej stara się być obiektywne, bo coś takiego jak pełen obiektywizm w naturze nie istnieje, nasze osądy są determinowane przez różne czynniki, niezależnie od tego jak bardzo się staramy wysilić na dystans), albo jest recenzją.
Nie będę w tym miejscu przytaczała całej definicji recenzji, nie o to w tym tekście chodzi, a Każdy średnio wykształcony Człowiek wie o czym mowa (a przynajmniej taką mam nadzieję). Jeśli Kogoś temat brylowania w pojęciach bardzo interesuje - poszukiwań Nikomu nie zabraniam ;)
Recenzja - ja mówię co myślę o danym tekście, filmie, przedstawieniu, wydarzeniu itd.
Skoro ja mówię co myślę o czymś, to nie może być to obiektywne. Mówię co myślę - formułuję swoją opinię na jakiś temat, a moja opinia to moje subiektywne odczucie, a nie coś wolnego od uprzedzeń, naleciałości kulturowych i innych uwarunkowań, wśród których przyszło nam żyć.
Dokładnie - coś.
Bo jak to mam nazwać? Zdanie? Opinia? Wypowiedź? Przecież te wyrażenia także są już z założenia nacechowane subiektywizmem. Najbliżej obiektywizmu byłoby chyba nazwać to coś twierdzeniem, w końcu twierdzenia naukowe chyba można nazwać w miarę obiektywnymi?
A ten tekst, tak dla upewnienia Czytających go, jest w pełni subiektywny - bo to mnie zalewa krew ;)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz