Nie jest to moje zdanie. Dziś prezentuję coś z praktyki bibliotekarskiej - częstą postawę czytelników. Nie chodzi tylko o młodsze dzieci, czy uczniów w wieku tzw. młodzieżowym, którym teoretycznie by można wybaczyć "srokowatość" w podejściu do książki, nawet nie samej tylko tytułowej dla posta okładki.
Dlaczego teoretycznie?
Bo gdy człowiek-bibliotekarz słyszy w młodocianych ustach wypowiedzianą, z całkowitym przekonaniem o słuszności, tezę "Jak jest większa książka to trzeba więcej czytać" (sic!) tylko ze względu na to, że jedyne czym może poratować opieszałego ucznia (ci bardziej zapobiegliwi przybiegają wcześnie, najczęściej z pytaniem o lekturę z opracowaniem - kolejna zmora tych czasów, bo kto by się przejmował czytaniem ze zrozumieniem, myśleniem nad tekstem, próbą samodzielnej interpretacji?), wypożyczającego lekturę obowiązkową na ostatnią chwilę, to wiekowe wydanie nieco większego formatu. Nie przemawia do takiego osobnika prosta prawda, że jak by ta książka nie wyglądała to zawiera tą samą treść, tą samą liczbę słów.
Ale czy tylko dzieci mają w tym winę? Wszak przykład idzie z góry. Przypatrzmy się więc dorosłym (którzy przecież powinni dawać przykład młodszym pokoleniom, także w sprawie tak ważkiej jak podejście do książki).
Tutaj również nie jest wesoło, bo jeśli dorośli sami ograniczają się najchętniej do ślicznie wydanych, cieszących oko kolorową okładką, nowości, to jak dzieci mają nie iść tym przykładem? Im także nie w smak propozycja nieco starszej wersji pożądanego tytułu, tak jakby wygląd okładki miał zasadniczy wpływ na to co znajdą wewnątrz (czyżby nawrót do filozofii bodaj greckiej czy ateńskiej, że piękno zewnętrzne jest odbiciem piękna wewnętrznego, ale to chyba miało odnosić się do ludzi, a nie książek?).
A wspólny wybór książek do czytania młodszym pociechom przez rodziców, czy dziadków?
Tutaj także decydującą rolę odgrywa szata graficzna. Nie mówię, że ona nie jest ważna w przypadku, gdy dziecko nie czyta samodzielnie (bo może książkę pooglądać, poopowiadać sobie swoje historyjki do ilustracji), ale czy powinna być to kluczowa kwestia? Czy czytanie dziecku nie powinno pobudzać jego wyobraźni? Tego chyba skuteczniej dokona ciekawa powiastka, okraszona nawet niewielką ilością ilustracji, niż przesłodzono-cukierkowa książeczka o infantylnym do kwadratu tekście, którego w dodatku na stronie tyle co kot napłakał, czyli najlepiej po pół zdania.
Apeluję:
nie oceniajmy książki po okładce, dajmy się miło zaskoczyć przez piękno wewnętrzne, w świecie krzyczącym o piękne okładki ;)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz